2 marca. Koncert zespołu Vołosi

Karpackie korzenie splątane z jazzową improwizacją i klasycznym wykształceniem plus potężna dawka energii rodem ze świata rockowego to mieszanka, która nie pozostawia obojętnym żadnego miłośnika muzyki, bez względu na to, czego słucha na co dzień.

VOLOSI3111

Vołosi to wyjątkowy zespół i choć brzmi to banalnie, to w tym przypadku nie ma nawet potrzeby o tym przekonywać – doskonale radzą z tym sobie sami muzycy podczas swoich żywiołowych koncertów. W dodatku robią wrażenie nie tylko na poddających się chwili słuchaczach, ale i na krytykach, i to na rozmaitych „podwórkach” – na Ukrainie, w Polsce, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Nie dają się szufladkować, przekraczają granice instrumentów smyczkowych i tworzą oryginalny styl.

Historia

Vołosi zadebiutowali w 2010 roku na Festiwalu Nowa Tradycja, gdzie nie było nagrody, po którą by nie sięgnęli. W następnym roku udowodnili, że ich sukces to nie przypadek – otrzymali Grand Prix Svetozar Stracina dla najlepszego utworu Word music w Europie. A w 2012 pierwsza płyta zespołu trafiła do TOP20 World Charts Europe. Potem ruszyli w niekończącą się trasę, podbijając serca publiczności i krytyków na całym świecie.

2 marca Vołosi zagrają w Pruszkowie. A gdzie dokładnie? Oczywiście w Muzeum Starożytnego Hutnictwa. Wystartują o godz. 19.

Bilety do nabycia w siedzibie Muzeum. Koszt: 40 zł.

Zapraszamy!  

plakat 3.02.2019

ZAiKS_logo_S              Pruszków                 wkd                       3930

Wywiad. Z potrzeby serca

Z Basią Stepniak-Wilk, poetką (jak sama o sobie mówi: raczej tekściarką), wokalistką i kompozytorką rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

6aa

Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego: Sama pisze Pani teksty swoich piosenek, ale zdarza się pani również komponować. Co podczas twórczego procesu pojawia się najpierw – słowa czy muzyka?

Basia Stępniak-Wilk: Bardzo długo udawało mi się pisać tak, że jak przychodziła mi jakaś fraza do głowy, to była to fraza słowno-muzyczna, nie pisałam najpierw słów, a potem do tego muzyki, ani odwrotnie. Natomiast w pewnym momencie zaczęto mnie prosić o teksty. Wcześniej nie chciałam nikomu ich dawać, bo wydawało mi się, że najlepiej będzie, jeśli zaśpiewam je sama. To nie było najlepsze podejście, ale długo odmawiałam takiego pisania. Zmiana nastąpiła dopiero, kiedy spotkałam Olka Brzezińskiego. Oczywiście i wcześniej zdarzały się pojedyncze epizody – napisałam tekst dla Lidii Jazgar; Marek Bałata śpiewa jakiś mój tekst… Dorota Ślęzak, Wanda Kwietniewska. Zawsze jednak pisałam dla innych niechętnie. Czułam się poetką… a raczej tekściarską, bo poetką nie czułam się nigdy…, która pisze z potrzeby serca, wtedy, kiedy ją coś dotknęło, kiedy coś przeżyła. Nie byłam tekściarką na zamówienie, której się mówi: „Napisz mi o chlebie, tekst potrzebny na pojutrze”. Nie podejmowałam takich wyzwań. Do dziś zdarza mi się to sporadycznie. Kiedy jednak z kompozytorem Olkiem Brzezińskim zaczęliśmy robić „Wieczory niePerwersyjne”, do mnie należało napisanie jedynie tekstu. To sytuacja dla komponującej autorki niewygodna, bo przygotowując słowa zawsze mam o utworze jakieś wyobrażenie, jakąś wizję. Współpraca z Olkiem była znakomita. Tak naprawdę tylko w przypadku jednego tekstu postawiłam veto, uznałam, że muzyka jest nieadekwatna do słów i kompozytor zaproponował mi nową wersję. Trudność polega więc na tym, że ktoś, kto sam też komponuje, ma jakieś oczekiwania co do rytmu, melodii i charakteru utworu.

MSHM: Dziś akurat śpiewała Pani wyłącznie własne teksty…

B.S.-W.: Zawsze śpiewam tylko własne teksty.

MSHM: Zawsze?

B.S.-W.: Poza epizodami na mojej macierzystej scenie krakowskiej, czyli scenie Teatru Loch Camelot, gdzie często śpiewaliśmy na przykład wiersze Tuwima czy Gałczyńskiego z muzyką Ewy Korneckiej, naprawdę bardzo rzadko zdarzało mi się śpiewać czyjeś teksty. Ale od jakiegoś czasu jestem już chyba gotowa, by śpiewać piosenki innych autorów i nie bać się, że je skrzywdzę. Nawet noszę się z zamiarem przygotowania programu m.in. z piosenkami obcojęzycznych autorów w polskich tłumaczeniach. Niedawno na koncercie galowym Międzynarodowego Festiwalu Bardów OPPA w Warszawie śpiewałam Zakochanych na ławce Brassensa.

MSHM: Gdzie szuka Pani inspiracji? Nie mówię o życiu, tylko o innych autorach. Którzy są pani najbliżsi?

B.S.-W.: Prawie każdy odpowiedziałby: „Kofta, Młynarski, Osiecka”. Ja jednak najbliżej jestem tego, co pisali Starsi Panowie, Jeremi Przybora. Nie żebym się w jakikolwiek sposób porównywała, ale uwielbiam zabawę słowem. Czasami niesie mnie rym i rytm. Męczy mnie natomiast każda linijka, która jest tylko przebiegiem myśli między elementami fabularnymi.

MSHM: A zdarza się Pani zapomnieć tekstu?

B.S.-W.: Takie rzeczy się zdarzają. Kiedyś bardzo to przeżywałam, teraz jestem już dużą dziewczynką. Do każdego występu podchodzę bardzo poważnie. Niektórzy mówią nawet, że zbyt poważnie. I traktuję swoich słuchaczy jak najlepszych gości, z ogromnym szacunkiem. Ale nauczyłam się też wybaczać sobie, jeśli coś się przydarzy. Specjalnie przecież nie popełniłam błędu, nie jestem nieprzygotowana, nie przyszłam specjalnie niewyspana, bo oglądałam do rana seriale. Poza tym bywam też widzem i wiem, że drobne potknięcia nie świadczą o całości występu.

MSHM: Uczestnicząc w Pani koncertach można odnieść wrażenie, że bawi się Pani występem razem z publicznością.

B.S.-W.: Nie nadużywałabym słowa bawić się. Ja nie zapytam podczas koncertu „czy państwo dobrze się bawią”. Ale ludzie nie przychodzą po to, żeby się męczyć, ani ja nie jestem tu po to, by męczyć się z publicznością. Chodzi o to, byśmy przeprowadzili rodzaj jakiejś rozmowy. Nawet jeśli słuchacze nie werbalizują swoich odczuć, widzi się spojrzenia, uśmiechy czy zadumę. To jest kontakt i ten kontakt musi być.

MSHM: Woli Pani duże koncerty, czy występy kameralne?

a wielkich stadionach nie śpiewałam, ale śpiewałam kilka razy na festiwalu w Opolu. Wolę jednak małe przestrzenie. Lubię kontakt z publicznością, mimo że to jest trudniejsze – doskonale widać każdy ruch, chrząknięcie, niedoskonałość. Nie znaczy to jednak, że nie lubię, jak przychodzi dużo ludzi.

MSHM: Czy zawsze, od pierwszych swoich występów na scenie, utrzymywała Pani w podobny sposób jak dziś kontakt z publicznością?

B.S.-W.: Nie. Albo robiłam to bardzo źle. Śpiewając, nie miałam nigdy problemu z byciem na scenie, ale kiedy musiałam coś powiedzieć, zawsze miałam straszną tremę i mi to nie wychodziło. I nawet jak zaczęliśmy z Olkiem Brzezińskim robić „Wieczory niePerwersyjne”, prowadzili je koledzy, i tylko pod ich nieobecność zmuszona byłam próbować „konferansjerki”. Kilka lat temu, kiedy byłam gościem Salonu Literacko-Muzycznego w Nowohuckim Centrum Kultury, tak „zagadałam” gospodarza wieczoru, że zaproponowano mi prowadzenie tych cyklicznych spotkań. Wydawało mi się mało prawdopodobne, bym umiała sobie poradzić, ale zaangażowałam się w to na sześć lat i zaczęłam to bardzo lubić.

MSHM: Scena i radio to główne obszary pani działalności. Ale ma pani na swoim koncie również książkę dla dzieci. Nie myśli pani o powrocie do takiej formy wypowiedzi?

B.S.-W.: Wiele osób mnie o to pyta, bo „Tulisia” była udaną książką, nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie literackim. A czy wrócę do tego? Napisałam trochę wierszy dla dzieci, ale jak moje własne dzieci były mniejsze. Teraz już urosły. Myślę, że łatwiej pisze się dla takiego odbiorcy, którego się zna. Niby wszystkie dzieci są nasze i wszystkie są takie same, ale chyba bym już tego nie dogoniła, tych wszystkich misiów, zabaw i rozmów, które wyglądają jednak trochę inaczej, niż kilka, kilkanaście lat temu. Jestem już poza tym.

MSHM: Synowie idą w ślady mamy? Mają talenty muzyczne?

B.S.-W.: Starszy, Mateusz, w ubiegłym roku zagrał koncert dyplomowy w szkole muzycznej w klasie perkusji. Młodszy, Miłosz, czasem (ale częściej niż Mateusz) ze mną koncertuje, gra na cajonie, na ukulele. Jest w klasie perkusji. Chciałby chyba być wibrafonistą, ale ostatnio dużo ćwiczy na klarnecie.

MSHM: Jest Pani polonistką. Czy to wykształcenie ma wpływ na Pani warsztat literacki.

B.S.-W.: Kiedy znalazłam się na polonistyce, myślałam, że nauczę się tam pisać. Okazało się jednak, że do trzeciego roku było to przede wszystkim czytanie. Dziś chyba jest więcej kierunków i kursów, które umożliwiają naukę pisania – czy to scenariuszy, czy librett, małych form prozatorskich czy nawet wierszy. Ale nie jest bez znaczenia to, ile książek przeczytałam, ile wierszy „zinterpretowałam”. Każde doświadczenie rozwija i jest dobrą podstawą do budowania czegoś nowego, do pisania nowych piosenek także.

MSHM: Nie myślała Pani o innym repertuarze, niż ten, w którym się Pani specjalizuje, np. operowym czy operetkowym?

B.S.-W.: Skończyłam klasę śpiewu solowego w Szkole Muzycznej II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie i siłą rzeczy na dyplomie musiałam śpiewać Moniuszkę, Mozarta, Szymanowskiego i arie starowłoskie. Przypomniałam sobie o tym całkiem niedawno, kiedy podjęłam ryzyko zaśpiewania recitalu z bardzo chorym gardłem. Okazało się, że pewne rzeczy jestem w stanie zaśpiewać, ukryć mankamenty osłabionego głosu, że „warsztat” pomaga. Mam więc nadzieję, że potrafię korzystać z tego, że taką szkołę skończyłam, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy organizm jest w słabszej formie. Kiedy kolega ma katar, to – o ile nie gra na instrumencie dętym – jak się skoncentruje, nikt niedyspozycji nie zauważy. U mnie natomiast zaraz będzie to słychać – praca głosem jest pod tym względem dosyć niewdzięczna. Na szczęście nie jestem specjalnie chorowita.

MSHM: Wspominała pani, że jest gotowa do śpiewania tekstów innych autorów. Możemy więc spodziewać się zmian z tym związanych?

B.S.-W.: W każdym razie będę próbowała poszerzać swoje programy o piosenki, które lubię – innych wykonawców. Bliska mi jest piosenka francuska, czy też francuskojęzyczna, więc Brel, Brassens, Moustaki, Feré. Może rzeczywiście pójdę w tym kierunku. Zobaczymy.

MSHM: W takim razie czekamy. I życzymy powodzenia. Oczywiście zapraszamy na kolejne koncerty do naszego muzeum.

B.S.-W.: Było przemiło. Macie państwo fantastyczną publiczność, która słucha, reaguje, jest wrażliwa i pozwala wykonawcy świetnie się czuć. Bardzo dziękuję.

MSHM: Dziękujemy.

16 marca. Spotkanie z mieczem i kowadłem

Warsztaty rodzinne. Nie trzeba się zapisywać. Nie trzeba płacić. Wystarczy przyjść.

DSC_6845

W trakcie zajęć będzie okazja do zapoznania się z fascynującym i tajemniczym światem starożytnego kowala. Uczestnicy dowiedzą się, jakimi narzędziami pracował, jakie przedmioty wykuwał i dlaczego musiał przy tym rozgrzać żelazo…

Spotkanie organizowane jest w ramach cyklu Sobota z. Jak zwykle ma ono otwartą formułę – nie zapisujemy się, nie płacimy, po prostu przychodzimy na zajęcia. Warsztaty poprowadzi Wojciech Sławiński.

Start: 16 marca (sobota), godz. 11.00.

Wystawa stała. Groby koni

Dla współczesnego człowieka wytop metalu to tylko proces technologiczny, ale dla starożytnego metalurga – to alchemia.

Fot. Piotr Tomaszewski (10)

Nie wiemy czy poświęcanie w ofierze koni było częstą praktyką starożytnych mieszkańców dzisiejszego Mazowsza i czy towarzyszyły jej ściśle określone okultystyczne działania. Ale odkryta w Regułach pozostałość po takim rytuale, zrekonstruowana i stanowiąca obecnie część naszej ekspozycji, podobna jest do wielu innych, znajdowanych przez archeologów na terenie metalurgicznego Mazowsza. Przypuszcza się więc, że wytop żelaza był ściśle powiązany ze sferą duchową.

Starożytny hutnik musiał współdziałać z tajemniczą i groźną naturą, nieustannie wsłuchując się w jej rytm. Tak tylko mógł zapewnić powodzenie swoim działaniom, a tym samym przetrwać. Takie podejście dotyczy także wytopu, któremu towarzyszył stosowny obrządek. Czy zawsze taki sam, czy odmienny? Niezbędny przy każdym wytopie, czy tylko w wyjątkowych sytuacjach? Trudno na te pytania opowiedzieć. Ale, jak zauważa religioznawca i filozof kultury Mircea Eliade, „Konieczne jest dostarczenie żywej istoty, która tchnie życie w operację, a najlepszym sposobem jest ofiara, czyli przekazanie życia”.

Wystawa stała. Skarb z Drzewicza

To jeden z pierwszych przystanków na trasie naszej wystawy. Rzymskie denary – klucz do wyobraźni poszukiwaczy przygód i kto wie, może przyszłych archeologów.

denary

Na początek słowo wyjaśnienia, które, niestety, skutecznie sprowadza na ziemię: na skarb, czyli celowo ukryte kosztowności, bardzo rzadko natrafia ktoś, kto założył sobie, że go znajdzie. Historia z Nowego Drzewicza to potwierdza.

Otóż w maju 1967 roku uczeń podstawówki Grzegorz Tondera, przechodząc łąką, zauważył w kretowisku pojedyncze srebrne monety, a grzebiąc w ziemi, wyciągnął ich całą zwartą masę. Odkrycie to szybko przyciągnęło uwagę jego rówieśników, którzy trafili na kolejne egzemplarze.

Dzika eksploracja trwała kilka dni. Wiadomość o znalezisku trafiła do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków dopiero 9 maja. Niemal natychmiast (bo jeszcze tego samego dnia) w Drzewiczu pojawił się zespół archeologów (pracami kierował Stefan Woyda).

Większość monet udało się odzyskać, część jednak została w rękach kolekcjonerów. Kilkadziesiąt z tych, które namierzono w ciągu kilku kolejnych lat, zostało dokładnie opisanych, podobnie jak egzemplarze zakupione przez Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi.

Najstarszy denar z całego depozytu był bity w latach 32-31 p.n.e., jest to tzw. legionowy denar Marka Antoniusza. Najmłodszy (denar Makryna) – w latach 217-218 n.e.  Jednak najwięcej monet datuje się na lata 98-161, czyli od panowania Trajana do Antoninusa Piusa.

Pewne wątpliwości budzi denar Makryna, istnieje bowiem podejrzenie, że nie stanowił on części skarbu, a został do niego przypisany razem z innymi monetami należącymi do kolekcjonera.

Skarb z Drzewicza należy do skarbów typowych, jest jednak jednym z największych zachowanych, i to nie tylko w Polsce, ale w ogóle na terenach europejskich leżących poza granicami Cesarstwa Rzymskiego.

Opracowanie na podstawie książki Skarb denarów rzymskich z Drzewicza Aleksandry Krzyżanowskiej.

 

9 lutego. Chorwacki Zadar – cząstką polskiej historii

Wernisaż połączony z oprowadzaniem. Do bliższego zapoznania się z historią Zadaru dzięki obecności specjalistów-kuratorów będzie to wyjątkowa i jedyna okazja. Wystawa potrwa jednak aż do końca marca i będzie można odkrywać ją także na własną rękę.

O urodzie chorwackich miast i miejsc wypoczynku nie ma potrzeby nikogo przekonywać. Polacy znają ją doskonale i pamiętają o niej, planując wakacje. Zwykle jednak rekreacja zdecydowanie prowadzi, podczas gdy kulturalno-historyczne walory zabytków pozostają w wyścigu o uwagę daleko z tyłu. A niesłusznie. I to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze zarówno architektura, jak i muzealne zbiory (poczynając od obiektów starożytnych poprzez średniowieczne do renesansowych) – to prawdziwe perły w skali światowej. Ale jest też inny argument: przenikanie się historii Polski i Chorwacji. Przykładem takich splotów jest właśnie Zadar, miasto, któremu poświęcona jest wystawa zatytułowana: Chorwacki Zadar – cząstką polskiej historii.

Wystawa po raz pierwszy do Państwa dyspozycji zostanie oddana 9 lutego o godz. 16.00. Podczas otwarcia odbędzie się oprowadzanie pod okiem kuratorów wystawy Dubravki Pascuttini-Mosor i Marka Zalewskiego. Tytuł ich wystąpienia to O Chorwacji, Zadarze i relikwiarzu królowej.

Wystawa potrwa do 31 marca.

Zapraszamy do naszego muzeum!

pomniejszone

z1

16 lutego. Sobota z… maską karnawałową

Na dobre karnawał tak naprawdę zaczyna się u nas – od maski weneckiej, którą każdy z naszych warsztatowych gości, wykona samodzielnie… choć pod czujnym okiem instruktorów.

x1

W trakcie warsztatów uczestnicy przejdą błyskawiczny kurs historii karnawału i odkryją tajemnice maski weneckiej.

Szykując się na pełną szaleństwa zabawę, będziemy wycinać, ozdabiać, przyklejać i malować – a efektem końcowym naszych twórczych zabiegów będą maski karnawałowe, które każdy z uczestników będzie mógł ze sobą zabrać.

Na warsztaty rękodzieła i tradycji karnawałowych zapraszamy dzieci z opiekunami, dorosłych oraz seniorów. Krótko mówiąc – wiek nie ma znaczenia. Spotkanie ma otwartą formułę, a to oznacza, że nie ma potrzeby się na nie wcześniej zapisywać.

Wstęp bezpłatny.

Zapraszamy 16 lutego o godz. 11.00. Warsztaty potrwają około trzech godzin.

Wystawa. Nasze plakaty w wilanowie

Jednym z wyraźnych śladów, jakie pozostały nam po ARTEfaktach są plakaty. Chwilowo nie mamy ich u siebie – są w Muzeum Plakatu, gdzie w sumie spędzą około dwóch tygodni.

Każda z 17 prac została wykonana w ramach czterodniowych warsztatów podczas festiwalu ARTEfakty. Obecnie można je oglądać w wilanowskim Muzeum przy ul. St. Kostki Potockiego 10/16 w Warszawie. Placówka otwarta jest codziennie, od wtorku do niedzieli w godzinach od 10.00 do 16.00 i w poniedziałki – od 12.00 do 16.00 (tego dnia wstęp jest wolny). Warto pamiętać, że ostatnie wejście jest zawsze na pół godziny przed zamknięciem.

Lista autorów:

  1. Monika Dziedzic
  2. Konrad Gelert
  3. Małgorzata Gierwalaniec
  4. Robin Hilgier
  5. Elwira Kańczugowska
  6. Weronika Sierzan
  7. Iwona Sroczyńska
  8. Milena Zielonka
  9. Agnieszka Żwirska

IMG_6510x

IMG_6507x
IMG_6503x

IMG_6513x

IMG_6505x

IMG_6516x