Tylko jeden dźwięk. Rozmowa z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym

Jakuba Jakowicza i Pawła Wakarecego gościliśmy w Muzeum 7 grudnia. Był to wieczór pod każdym względem udany. Artyści dali świetny koncert, publiczność dopisała (muzycy nie mogli sie nachwalić wyczucia i świadomości), a na koniec udało się nam jeszcze porozmawiać…

Tomasz Kuźmicz: Obaj panowie grają od dziecka, zapewne więc najwcześniejsze doświadczenia muzyczne mogą wam być znane tylko z opowieści. Ale chciałbym zapytać o te, które pamiętacie i które są dla was ważne, które stanowią swego rodzaju prywatną mitologię.

Jakub Jakowicz: Ja myślałem, że The Final Countdown zespołu Europe to najpiękniejszy utwór świata. Miałem wtedy kilka lat i nie znałem jeszcze ani Debussy’ego, ani Mozarta. To śmieszne, bo ja chowałem się w domu muzyków totalnie klasycznych, wręcz…

Paweł Wakarecy: …ortodoksów.

JJ: Tak. Ortodoksów wręcz. A tu telewizja połowy lat 80. To było tuż przed tym, jak zacząłem grać na skrzypcach.

PW: Ja nie mam takich mocniejszych wspomnień, jeśli chodzi o muzykę rozrywkową, aczkolwiek chłonąłem na pewno popkulturę wczesnych lat 90. – reklamy, programy dla dzieci… Mimo wszystko prosiłem zawsze mojego tatę, żeby puszczał mi na gramofonie preludia Rachmaninowa. Rodzice starali się też zabierać mnie na koncerty muzyki klasycznej. Zresztą mój stryj był wieloletnim dyrektorem Toruńskiej Orkiestry Kameralnej, później Symfonicznej – stąd miałem wejście na balkon vipowski i naprawdę wiele jako 6-10-letni chłopak mogłem chłonąć, co współgrało z moją fascynacją fortepianem.

TK: Zawsze był to właśnie fortepian? Nie było innych fascynacji?    

PW: Nie. U nas w domu stało pianino, więc siłą rzeczy wraz z umiejętnością chodzenia, mówienia i czytania pojawiła się umiejętność gry na instrumencie.

TK: Ze skrzypcami było podobnie?

JJ: Tak. Pochodzę z rodziny skrzypków – ojciec, mama, siostra…

TK: I nie pojawił się bunt? Skoro wszyscy skrzypce, to ja… będę grał na perkusji!

JJ: W zasadzie nie. Trąbkę bardzo lubiłem… ale szybko się okazało, że dobrze gram na skrzypcach. Czasami, żeby zachęcić dziecko do ćwiczenia, przekonuje się je, że jest w tym coś niezwykłego. A ja byłem takim właśnie dzieckiem – uważałem, że to jest wyjątkowe, inne od innych, super. W ogóle w moim domu skrzypce były takim fetyszem…

TK: Aż czterech skrzypków. A jak u pana wyglądała… sytuacja rodzinna?

PW: Bardzo intrygująca. Mój ojciec zawsze był muzykalny i grał na wielu instrumentach, ale jako samouk. Nie miał za sobą profesjonalnej edukacji muzycznej. Z kolei mama – przeciwnie. Nigdy nie miała ucha muzycznego, ale, paradoksalnie, była długoletnią dyrektorką Szkoły Muzycznej, a z wykształcenia – chemikiem. Tak się złożyło, że również mój brat obok ścisłego umysłu ma wszelkie symptomy amuzji, braku ucha muzycznego, swoją drogą to fascynujące właśnie z genetycznego punktu widzenia…

TK: Rodzice ukierunkowywali, „popychali” pana do grania, czy pasja przyszła niezależnie od zainteresowań ojca?

PW: Nigdy, na żadnym etapie rozwoju muzyczno-pianistycznego, nie czułem się do czegokolwiek popychany. Zachęcany – na pewno. Ale nigdy nie było to częścią metody wychowawczej, wiążącej się z czymś niekomfortowym. Oczywiście nie zawsze rwałem się do grania, do ćwiczenia. Wręcz przeciwnie – unikałem tego i kiedy tylko można było, wybiegałem na boisko czy robiłem wszystko inne, byle tylko nie ćwiczyć. Zamiłowanie do muzyki okazało się jednak na tyle silne, że to minimum ćwiczeń niezbędnych do osiągnięcia pewnego poziomu musiałem przejść.

TK: Zaczęliśmy od muzyki popowej i chciałbym do niej na chwilę jeszcze wrócić. Jaki mają panowie do niej stosunek? Czy może w jakiś sposób inspirować? Czy w ogóle słuchacie takiej muzyki dzisiaj?

PW: Na pewno ją słyszymy i nie wiemy, jaki ma wpływ na podświadomość, na naszą wrażliwość. Natomiast, jeśli mówimy o tej muzyce bardzo strawnej, łatwo ją wyprzeć. Jeśli ma się odrobinę woli i włoży się w to trochę wysiłku – można przestać ją słyszeć. Ja przynajmniej staram się nie zwracać uwagi; nie analizuję muzyki, która zewsząd mnie atakuje.

 TK: Jeśli można jej nie słyszeć, to przynajmniej nie drażni.

PW: Mnie czasami drażni z różnych powodów, jak w PKS-ie puszczają radio – reklamy i jakieś obrzydliwe rzeczy, i muzykę, której nie zamawiałem.

JJ: Mnie drażni to, że cały czas leci to samo. Jest masa niesamowitej muzyki, którą można by puszczać, a ludzie nie mają pojęcia o jej istnieniu.

TK: Mam wrażenie, że mimo że rozmaite treści (nie tylko muzyka) są dostępne, a my coraz sprawniej obsługujemy urządzenia i aplikacje, to wciąż mamy problem z wyszukiwaniem i selekcją.

JJ: To jest problem dzisiejszych czasów – nadmiar. Dlatego dobrze byłoby uczyć, np. w szkole, racjonalnej obsługi i podążania innymi ścieżkami niż prowadzą nas algorytmy, bo wydaje się nam, że w Internecie panuje wolność, a tak naprawdę jesteśmy prowadzeni za rękę. Jest tyle wspaniałej muzyki, nawet popu, choćby mainstreamowego, którego za bardzo nie słucham – ale to jest dużo wartościowsze od tych odgrzewanych kawałków, bazujących na powiedzeniu, że lubię muzykę, którą znam. I to jest przekleństwo, bo ludzie nie mają okazji rozwijać kanału audio. W kółko puszcza się to samo, niektóre utwory nawet lubię, ale nie chcę już ich słyszeć. Czuję, że po prostu szkoda mi czasu. Chciałbym poznać coś nowego. Wciąż odkrywam jakieś rockowe kapele, które podrzucają mi moi przyjaciele interesujący się rockiem. Oczywiście całej masy ciekawych rzeczy nigdy nie poznam, bo chcę i muszę poświęcać czas na klasykę, a bywa, że ma się już dość… lepiej wyjść do lasu i pospacerować w ciszy czy poczytać…

TK: W wywiadach obaj panowie wspominali o poczuciu dyskomfortu, gdy muszą polegać tylko na słowach. (Do Pawła Wakarecego) Przypominam sobie pański radiowy wywiad, podczas którego ktoś z widowni pochwalił pana elokwencję i zasugerował, że mógłby pan prowadzić własną audycję, na co pan odpowiedział, że to tylko tak wygląda, że czuje się pan doskonale, tymczasem koszt emocjonalny jest niezwykle duży.

PW: Tak. Mam świadomość bycia nie do końca kompetentnym w obsłudze języka mówionego. W porównaniu z językiem muzyki język semantyczny jest niesłychanie ograniczony, jeśli chodzi o sposób opisywania bardzo skomplikowanych i poniekąd pierwotnych stanów wyobraźni i stanów emocjonalnych. Oczywiście są to dwie różne materie. Język muzyki nie jest zrozumiały dla każdego w ten sam sposób i w zależności od odbiorcy może poruszać inne struny, nie przekazuje precyzyjnych informacji. I kiedy poświęcamy mu całe życie, ucząc się wynajdywać te emocjonalno-wyobrażeniowe przekaźniki – gdy przyjdzie wypełnić podobne zadanie przy użyciu słów, to człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo jest niedoskonały. Aczkolwiek przy pracy nad wysławianiem się i ogarnianiem swoich myśli dużo daje pedagogika.

TK: (Do Jakuba Jakowicza) Podpisuje się pan?…

JJ: O, tak. Paweł wyczerpał temat. Mówi, że nie umie mówić, a powiedział to naprawdę bardzo pięknie.

PW: Oczywiście jest wielu muzyków, którzy wspaniale prowadzą audycje radiowe i świetnie realizują się w szermierce słownej. To nie jest reguła, że jak się poświęca życie muzyce, to nie umie się mówić. Każdy jest inny.

TK: Ale chyba dosyć często muzycy zostają pedagogami.

PW: Tak, ale to już studentów należałoby zapytać, jak jest z komunikacją.

JJ: Ja w tym kontekście myślę o dyrygentach. Można to zaobserwować, kiedy tą samą orkiestrą dyryguje student, a po nim wchodzi jakiś stary wyga. I nic nie mówi. Tylko pokazuje. A jaka jest różnica – muzyka płynie. To są właśnie rzeczy, których nie da się wysłowić…

PW: gdyby przyszło do analizy, dlaczego tak się dzieje, to znaleźlibyśmy jakieś racjonalne wyjaśnienie. Wszystko jest wytłumaczalne, tylko czasem po co tłumaczyć, można zachować tę szczyptę magii.

JJ: Zwłaszcza, że ten jeden gest albo jeden dźwięk, który gramy – jest kwestią 30-letniego treningu. Wydaje się, że to niesłychanie proste, banalne, ale składa się na to wiele czynników. To jest magia.

PW: Teoretycznie jest nieskończona ilość możliwości, by wykonać jeden dźwięk. Już to podpowiada, jak trudna jest sztuka interpretacji – jak to zrobić świadomie, by nie było w tym losowości? Czy w ogóle można to wszystko wymierzyć? No, właśnie – nie. Ale jesteśmy w stanie nad tą nieskończonością zapanować za pośrednictwem sterowania wyobraźnią i emocjami, które w nasze jestestwo są wdrukowane dużo głębiej niż racjonalizm i analityczne podejście.

TK: Zastanowiła mnie podczas dzisiejszego koncertu pauza (pojawiła się kilkukrotnie i była zauważalnie długa). Czy powinna ona być zawsze taka sama, czy przeciwnie, jest za każdym razem inna, a jeśli tak, to od czego to zależy?

PW: Nigdy nie jest taka sama. Jest wiele rzeczy, które robimy na estradzie pod wpływem chwili, wiele decyzji podejmujemy w ułamku sekundy, czasem jest to jakieś ryzyko. Tak jak aktor, który coś deklamuje – ma do dyspozycji pauzę. I kiedy czuje, co wynika z obserwacji lub docierających do niego bodźców, że publiczność jest niezwykle podatna na pewne efekty, wtedy je wykorzystuje. Jest to trik wykonawczy, który może podnieść emocje na wyższy poziom. I chyba nam też zdarza się tak robić. To są rzeczy, których nie ćwiczymy na próbach, nie omawiamy – rozumiemy to bez słów.

JJ: Poza tym jest różnica, gdzie się gra. Np. dzisiaj, gdybym nie był doświadczony, pomyślałbym, że nie umiem grać. To, co ćwiczyliśmy wcześniej, bo mieliśmy próby w tym tygodniu – to nagle przestało działać, bo zupełnie inaczej słyszę, dźwięk jest dłuższy. Ten element może zaskoczyć i onieśmielić, bo tu akustyka jest taka jak w kościele. Z czasem jednak człowiek się uczy podejmować z zastaną rzeczywistością jakąś grę. To, co przygotowaliśmy, dopiero tutaj nabiera realnego kształtu. Jak drużyna piłkarska – ćwiczy, trenuje, ale dopiero na meczu się okazuje, co piłkarze są w stanie zrobić. To jest właśnie fascynujące. Te utwory grano już tysiące razy, ale zawsze jakby od nowa.

TK: Schodząc już ze szczytów na ziemię, zapytam o świat pozamuzyczny, bo zapewne nie tylko muzyka wypełnia wam życie: jakie mają panowie inne pasje – sport, zbieranie znaczków?

JJ: Dobrze pan trafił, bo jesteśmy muzykami, którzy mają sporo zainteresowań pozamuzycznych. Co prawda nie biegam, ale dużo było biegania w moim życiu; książki… w góry lubię jeździć (nawet w Himalajach byłem), a przedwczoraj graliśmy sobie w piłkę. Trudny mecz. Paweł gra często, ja trochę rzadziej, więc było to spore wyzwanie. Poza tym jestem mężem… co prawda Paweł też jest mężem, ale ja mam dwójkę dzieci i głównie właśnie dziećmi teraz się zajmuję.

PW: Ja różnymi rzeczami się parałem w życiu. Innymi niż mainstream muzyczno-zawodowy. Od dziecka – piłka, teraz też – dwa razy w tygodniu staram się grać. Od jakiegoś czasu mocno wniknąłem w temat kawy. Do tego stopnia, że w piwnicy zrobiłem palarnię.

JJ: Paweł jest znany z tego w kręgach muzycznych.

PW: Tak. Z tego, że prowadzę podziemną dystrybucję ziaren… z różnych stron świata.

TK: Kupuje pan niepaloną?…

PW: Tak, kupuję niepaloną kawę z różnych miejsc, klasy Specialty, która uwypukla szczególne właściwości kaw z określonych krajów. To fascynujący świat, bardzo urozmaicony pod względem doznań, doświadczeń, metod spożycia, parzenia…

TK: A jaki jest pana ulubiony sposób parzenia? 

PW: Metody przelewowe albo zalanie grubo zmielonej kawy. To mówi prawdę o ziarnie, bo jak mamy ekspres, dochodzi ciśnienie i kilka innych zmiennych, wtedy różne składowe aromatów są sztucznie podbijane lub ukrywane.

TK: Obiecałem, że nie zajmę panom dużo czasu, spytam więc jeszcze tylko o plany na najbliższą przyszłość?

JJ: Styczeń będzie trochę luźniejszy. W marcu gram koncert Beethovena – świętujemy urodziny kompozytora. Zapraszam, bo to ważny punkt programu muzycznego. Z Pawłem coś mało gramy, musimy nad tym popracować…

PW: …Właśnie… Na razie przyszłoroczny kalendarz zapełnia mi się powoli (wywiad przeprowadzony w grudniu – przyp. aut.), zwykle w ostatniej chwili odbieram telefony. Ale czeka nas kilka ciekawych projektów. Niedawno wraz z szóstką młodych pianistów uruchomiliśmy w Bydgoszczy Katedrę Fortepianu – Six Pianos. Planujemy kilka koncertów. Poza tym 2020 to Rok Beethovenowski, więc i u mnie zapowiada się parę wydarzeń z tym związanych.

Z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

Fot.: Pawła Wakarecego – źródło – Profil FB artysty; Jakuba Jakowicza – źródło: Tetrt Wielki, aut. M. Mulawa.

Wolę być sidemenem. Rozmowa z Dominikiem Wanią

Tomasz Kuźmicz, MSHM: Ma Pan wykształcenie klasyczne. Jaki ma to wpływ na podejście do muzyki i na samą grę?

Dominik Wania: Kolosalny. Bez tego nie wyobrażam sobie funkcjonowania jako pianista, nie klasyczny czy Jazzowy, ale jako muzyk w ogóle. Warsztat i literatura – to wszystko zostaje w głowie i w palcach, uwrażliwia na dbałość o szczegóły. Granie tylko muzyki jazzowej na pewno by mi tego nie dało. I ten aspekt niestety się pomija. Niewielu jest pianistów totalnych, takich jak np. Brad Mehldau, który gra też klasykę, choć nie pamiętam, czy on akurat ją studiował, choć pewnie tak, bo słychać czy ktoś ten dźwięk ma, czy nie; czy gra tylko na pół gwizdka, czy jest to rasowy „pianizm”, i to niezależnie od tego, jaką się wykonuje muzykę – improwizowaną czy klasyczną. Jak w przypadku instrumentu dętego musi być zadęcie, odpowiedni słup powietrza, tak i tutaj – musi być odpowiedni atak na klawiaturę. Tego nie da się zdobyć bez przerobienia warsztatu klasycznego, nie będzie się grało szerszą fakturą. Dla mnie klasyka jest rzeczą niezwykle istotną, na co zwracam uwagę swoim studentom – by byli pianistami, a nie tylko pianistami jazzowymi.

Klasyka jest więc dla Pana niezwykle istotna, ale realizuje się Pan w jazzie…

Zależy co mamy na myśli, mówiąc jazz. Raczej nazwałbym to muzyką improwizowaną. Szczególnie odkąd zacząłem grać z Maciejem Obarą, mocno otworzyłem się na granie bardziej free… nie mówię, że w pełni – bo mamy tu ustalone struktury, ale podejście do nich jest otwarte. Każdy utwór interpretujemy na tyle sposobów, na ile się da – za każdym razem inaczej. I w tym tkwi wolność, w tym sensie jest to free. Nie ma tu rzeczy atonalnych, bez formy, ale im mniej mi się narzuca, tym czuję się wygodniej.

Program Ravelowski (grany podczas koncertu w naszym Muzeum, przyp. aut.) napisany był dawno temu (kiedy pewne rzeczy postrzegałem inaczej) i pod wpływem grania zaaranżowanego, ułożonego. Formy są tutaj dosyć ściśle określone, mimo to staramy się wplatać jakieś elementy otwartych fragmentów, przy których możemy sobie pograć bardziej swobodnie.

Od wydania albumu Ravel minęło już trochę czasu. Później wspominał Pan, że woli być elementem zespołu, niż liderem. Czy coś się pod tym względem zmieniło? Nie tęskni Pan za w pełni autorskim projektem?

Projekt autorski będzie. Jestem świeżo po nagraniu płyty solowej, o której nie chcę jeszcze za wiele mówić. Została zarejestrowana dosłownie dwa tygodnie temu i wyjdzie zapewne na wiosnę, ale dopóki nie znam daty wydania, trochę się z tym ukrywam. Nie chcę tego rozdmuchiwać, żeby nie spalić czegoś, co jest dla mnie bardzo ważne, najważniejsze nawet – jeśli chodzi o moją zawodową działalność.

A czy nie tęsknię za byciem liderem? Nie wiem. Jak się gra solo, jest się odpowiedzialnym tylko za siebie, a lider składu, choćby takiego jak Trio, jest już odpowiedzialny także za kolegów. Zresztą najmniej stresująca jest tutaj warstwa muzyczna. Bardziej daje się we znaki logistyka – jak to wszystko ogarnąć, zgrać terminy. Jest to szczególnie męczące, jeśli nie ma się menadżera, osoby, która zajmie się sprawami przyziemnymi. W tym sensie wygodniej nie być liderem. Choć to nie znaczy wcale, że nie chcę projektu, z którym mógłbym jeździć, jak choćby z Trio. Ale ponieważ w planach jest płyta solowa, pewnie większość czasu będę poświęcał właśnie temu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie chcę być wyłącznie liderem własnego projektu – po prostu lubię grać z ludźmi, z różnymi artystami, różną muzykę. To właśnie mnie inspiruje i napędza – że nie skupiam się tylko na swoim projekcie. To jest chyba najważniejsze. Wolę, a bycie pianistą daje taką możliwość, być sidemenem. Gorzej mają muzycy, którzy są instrumentalistami dętymi – albo są liderami własnego projektu, albo… no właśnie, z gościnnością bywa różnie, czuję się więc uprzywilejowany.

Lubi Pan grać z różnymi muzykami. Są wśród nich tacy… może chociaż jeden, który miał na Pana szczególny wpływ?

Na pewno każdy, z kim do tej pory pracowałem, wpływał na to, jak gram.  Taką postacią był np. Tomasz Stańko, z którym miałem przyjemność grać przez cztery lata. Obcowanie z tą muzyką, coś więcej niż tylko jej słuchanie, było dla mnie szkołą. A jej konsekwencją – moja współpraca z Maciejem Obarą, bo poznaliśmy się w zespole Tomasza Stańki. Tam przecięły się nasze szlaki. Teraz, siedem lat wspólnego grania z Maćkiem też rzutuje na to, jak postrzegam pewne rzeczy i co najbardziej odpowiada mi w graniu. A nie zawsze i nie ze wszystkimi da się to realizować, bo każdy ma inne zapatrywania, inne priorytety. Po drodze było oczywiście wielu wspaniałych muzyków i każdy swoją cząstkę gdzieś zaszczepił. Choćby Jacek Kochan, jako jeden z pierwszych – świetny perkusista, niedoceniany w Polsce, nad czym ubolewam, bo jego płyty są znakomite, z niezwykle świeżą, choć niełatwą w odbiorze, muzyką. Zbigniew Wegehaupt – specyfika jego muzyki, to, jak ją pisał – na pewno ma wpływ na rozwój języka harmonicznego, w którym się obecnie poruszam. Ziarnko do ziarnka. Każdy coś dorzuca, więc mógłbym długo wymieniać.

A zdarza się Panu szukać, albo nawet nie szukać, ale przypadkowo znajdować inspiracje w muzyce popularnej?

Szczerze mówiąc bardzo rzadko. Nie siedzę w muzyce popularnej, zwłaszcza tej, która jest obecnie lansowana i którą można usłyszeć wszędzie.  Jeśli w ogóle sięgam, to raczej po rzeczy starsze – lata 70., 80., może jeszcze trochę 90. Nie jest to jednak coś, w co się zagłębiam. Jest to raczej inspiracja brzmieniem, często specyficznym, rozpoznawalnym. Niektórzy mówią, że wtedy, gdy pojawiły się syntezatory, muzyka zaczęła się psuć, wszystko stało się mniej żywe. Ja natomiast dostrzegam tam pewne inspiracje. Jest to też trochę sprawa sentymentu. Lata 80. to czas mojego dzieciństwa. Coś zostaje w głowie, przyjemnie się kojarzy.

Za to muzyka klasyczna wciąż jest dla mnie inspiracją, i to nie dlatego, że analitycznie do tego podchodzę, słyszę coś i od razu próbuję to aplikować w graniu. Niekoniecznie. Bardziej na zasadzie wrażeniowej – przechodzi przeze mnie i gdzieś zostaje – jakiś rodzaj specyficznych współbrzmień.

Ma Pan też na swoim koncie elektroniczny epizod.

Miałem okres mocnego zainteresowania starymi syntezatorami. Nawet kilka kupiłem i mam je do dzisiaj. Ale nie przetrwało to próby czasu, w tym sensie, że dziś już w nich nie grzebię, mówiąc kolokwialnie. Dla mnie inspiracją jest fortepian. Jeśli mam dobry instrument, który swoją barwą, tembrem, tym jak potrafią brzmieć różne rejestry – jest interesujący  – to jest największa inspiracja. Fortepian akustyczny, którego nie eksploruję w kierunku preparacji – chcę uzyskać jak najpiękniejsze brzmienie, naciskając klawisze, bez grzebania w środku. Wszystko inne to tylko jakaś ciekawostka.

Plany na najbliższą przyszłość, poza albumem solowym, o którym już wspominaliśmy.

Jest wiele planów, bo z różnymi artystami nagrałem sześć płyt, które nie zdążyły jeszcze wyjść. Mam więc nadzieję, że stanie się to w przyszłym roku. Najważniejsze to kwartet Maćka Obary i promocja najnowszej płyty, która ukazała się miesiąc temu. Czekam też na sygnał z wytwórni, kiedy ukaże się solowa płyta. W tym wszystkim trzeba też znaleźć czas na rodzinę i działalność na uczelni. Na razie udaje się to wszystko pogodzić i oby tak było nadal.

To plany. A marzenia?

Dwa już się spełniły. Jestem członkiem kwartetu Maćka Obary, z którym wydaliśmy już drugą płytę. To było wspólne spełnienie marzeń całego zespołu, żeby zaistnieć w tej wytwórni (ECM – prestiżowa wytwórnia fonograficzna – przyp. aut.) i to udało się zrealizować po wielu latach ciężkiej batalii. A konsekwencją tego była możliwość nagrania także solowej płyty, co również było moim marzeniem. I to chciałbym utrzymać – być na tyle kreatywnym… nie żeby proponować wciąż coś nowego i wyjątkowo świeżego, bo to jest bardzo trudne – ale by być kreatywnym muzykiem, by różne inspiracje wciąż mnie napędzały do grania, do szukania nowych dźwięków. I to chyba tyle. Chciałbym, żeby kwartet Maćka przetrwał, bo jest to zespół, który daje mi najwięcej satysfakcji w tej chwili. I muzycznie, i personalnie, więc życzyłbym sobie, by ta współpraca trwała.

Powodzenia w takim razie. I spełnienia wszystkich marzeń.

Dzięki serdeczne.

Dziękuję.

Z pianistą Dominikiem Wanią rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

Wywiad. Śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach

adam-strug-4_fotJacekPoremba

MSHM: Śpiewanie pieśni tradycyjnych to ścieżka, na której nie jest zbyt tłoczno. Jak Pan na nią wszedł – zdecydowało pochodzenie czy też była to decyzja podyktowana olśnieniem na pewnym etapie muzycznego rozwoju?

Adam Strug: Niewątpliwie jest to kwestia środowiska, z którego się wywodzę, które mnie ukształtowało. Między drugim a 15 rokiem życia mieszkałem w Łomżyńskiem, gdzie ton nadawała starszyzna urodzona pod koniec XIX wieku, a na pewno przed I wojną światową. Byli to ludzie zaawansowani wiekiem, ale jeszcze na tyle silni, by praktykować starą muzykę w formule, jaka była przekazywana nieprzerwanie w tradycji ustnej. Było to na tyle mocne doświadczenie, że gdy w latach 80. moi koledzy zakładali swoje pierwsze zespoły rockowe, ja nigdy się do takiej grupy nie przyłączyłem, a śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach. I to muzycznie różniło mnie od rówieśników. Jednocześnie można też mówić o czymś w rodzaju olśnienia. W tym sensie, że jest to muzyka, która, gdy człowieka dotknie, nic innego już mu nie smakuje. Byłem wielokrotnie świadkiem takich muzycznych nawróceń czy też olśnień właśnie. Przypomina to stany religijne. Muzyka jest potężnym medium i jeżeli wykorzystywana jest ku dobremu, może przynieść pożądane efekty. I odwrotnie – zła muzyka może wyrządzić wiele szkód. Jest takie zdanie u Platona „gdy upada muzyka, upada i państwo”. Myślałem kiedyś, że to jest przesada. Dziś tak nie myślę. Uważam, że muzyka jest miarą kulturowej żywotności społeczności, która ją praktykuje.

Podkreśla Pan, że jest śpiewakiem a nie piosenkarzem. Jaka jest różnica?

Różnica między piosenkarzem a śpiewakiem jest taka, że piosenkarz śpiewa to, co mu dadzą do ładnego zaśpiewania. Często działa w jakimś tandemie albo w trio – jest kompozytor, tekściarz i w końcu piosenkarz. Rzadko się zdarza, by w takiej grupie zrodziło się coś naprawdę scalonego. W związku z tym piosenkarz ma, że użyję slangu – przerąbane. Śpiewak jest w innej sytuacji. Śpiewa rzeczy przekazywane w tradycji ustnej, czyli opowiada od wieków tę samą historię – o miłości, o śmierci, o rozczarowaniu. I jeżeli dodaje coś od siebie, to mimowolnie. Śpiewając zawsze mówimy o sobie. Nasze doświadczenia życiowe, wewnętrzne, intelektualne przez śpiew prześwitują.

Jest więc Pan śpiewakiem, ale też kompozytorem i autorem tekstów. Czy pieśni tradycyjne mają wpływ na Pańską twórczość?

To w czym wzrastamy, czym muzycznie żyliśmy przez lata, przekłada się na typ kompozycji, którą uprawiamy, tyle że nie dzieje się to wprost. W moim przypadku niewątpliwie ma wpływ tradycyjna muzyka polska. Ale nie tylko polska, bo słucham też nałogowo muzyki bliskowschodniej. Zresztą widzę tu pewne zależności między muzyką polską a tą z Bliskiego Wschodu. Jest też tak, że gdybym był Irlandczykiem, Węgrem czy Rumunem, mógłbym żyć wyłącznie z muzyki tradycyjnej. W Polsce nadal muzyka tradycyjna nie cieszy się należnym jej uznaniem, z żalem stwierdzam, że nawet w środowiskach muzycznych. Chociaż to się powoli zmienia. 30 lat temu było zdecydowanie gorzej. Dzisiaj nie musimy już przynajmniej tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądami. W każdym razie dopiero to połączenie, gdy mam dwa skrzydła – muzykę tradycyjną i autorską… ziarnko do ziarnka i zbiera się miarka, o którą chodzi. Nie oszukujmy się – to jest mój zawód, muszę być pragmatyczny.

Jest Pan przeciwnikiem współczesnych adaptacji muzyki tradycyjnej. Dlaczego?

Powód jest bardzo prosty. Większość, może nawet 99 procent adaptacji jest chybiona. Gdyby adaptatorzy zapoznali się wnikliwie z muzyką tradycyjną, nie powstawałyby ich adaptacje.

W innych krajach muzyka tradycyjna ma się lepiej niż w Polsce?

Jesteśmy rekordzistami, jeśli chodzi o apostazję kulturową, w tym muzyczną. Proszę spojrzeć na radiofonię krajów ościennych, czy w ogóle europejskich – wszędzie jest muzyka tradycyjna. U nas wygląda to tak, jakby nam zależało, by tantiemy płynęły za ocean. To jest nonsens. Horror kulturowy. Ale też brak wyczucia biznesowego. My nie stawiamy akcentu na własną kulturę, tylko nieustannie małpujemy. To stary proces, opisany już przez wieszcza: „Co Francuz wymyśli, to Polak polubi”. Dziś możemy trawestować: „Co Amerykanin polubi…”.

Zdaje się, że u nas muzyka tradycyjna często odbierana jest jako obciach.

O, tak. To typowo polski antagonizm między dworem a siołem, gdzie to, co wiejskie, uznaje się za upośledzone.

Od kilku lat regularnie pojawiają się Pańskie płyty, jak nie autorskie, to z muzyką tradycyjną. Czego możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

W tym roku najprawdopodobniej ukaże się płyta z polifonią średniowieczną, ale szczegółów na razie nie zdradzę. Jeśli się ukaże, to pod koniec roku, powiedzmy na Gwiazdkę. A autorska płyta najprawdopodobniej w roku przyszłym.

A wznowienia wcześniejszych wydawnictw? Po rozmowach z publicznością wygląda na to, że bardzo by się przydały. Pańskie płyty znikają szybko i nie można ich dostać.

Jest dosyć prawdopodobne, że będzie wznowienie „Adieu”, czyli pierwszej mojej płyty sprzed lat siedmiu. A może należałoby się zastanowić nad wznowieniem wszystkiego…

Tego życzymy. Panu i słuchaczom. Dziękujemy za rozmowę.

Dziękuję.

Z Adamem Strugiem rozmawiali Anna Lesiak-Ostrowska i Tomasz Kuźmicz z MSHM

Wywiad. Krzysztof Lasoń

Vołochów gościlismy 2 marca. Zagrali (i to jak?!) w wypełnionej po brzegi oranżerii, z każdym utworem coraz głębiej zapdając w pamięć słuchaczy. Po koncercie spotkaliśmy się na dłuższej pogawędce z jednogłośnie wytypowanym do tego zadania przez resztę zespołu Krzysztofem Lasoniem. Rozmowa potoczyła się właśnie tak…  

DSC_1660

MSHM: Niektórzy mówią, że połączenie klasycznego wykształcenia z muzyką ludową jest jak ogień i woda. Pamięta Pan, kiedy zaczęła w was kiełkować myśl, by dokonać tak nietypowej fuzji?

Krzysztof Lasoń: No, właśnie nie było takiej myśli. To wyszło zupełnie spontanicznie. Spotkaliśmy się swego czasu przy okazji mojego wesela. Oczywiście się polubiliśmy, ale dla nas to był przede wszystkim ogromny szok – usłyszeć zespół ludowy, który gra tak niesamowicie precyzyjnie… tak perfekcyjnie, że mógłby prowadzić zajęcia z kameralistyki, uświadamiając studentom jak można współgrać.  Olśnienie doprowadziło do przyjaźni, a przyjaźń do wspólnego grania, spontanicznie, dla przyjemności, bez myśli o stworzeniu zespołu z prawdziwego zdarzenia.

Zaskoczyła was doskonałość techniczna…

Nie tylko techniczna. Ale umiejętność wyrażania emocji w sposób perfekcyjny, profesjonalny.

Na czym właściwie polega trudność współpracy w sytuacji, kiedy spotyka się muzyk klasyczny z muzykiem ludowym?

Trudności oczywiście są, ale jest też moment, kiedy nie myśli się, co zrobić, nie układa się tego wcześniej, tylko zaczyna się współtworzyć. Wiadomo – górale mają specyficzny sposób wydobycia dźwięku, a my, muzycy klasyczni, uczymy się od nich tego, co nam w trakcie edukacji łatwo jest zgubić. Gramy dużo utworów, gam, etiud i w pewnym momencie granie staje się swego rodzaju sylabizowaniem, podczas gdy oni mówią pełnym zdaniem i jest to dla nich tak oczywiste, że przywraca istotę muzyki.

Gracie przede wszystkim własne utwory, ale nie powstają one w muzycznej próżni. Ile w waszej twórczości jest muzyki ludowej, powiedzmy – polskiej muzyki ludowej?

Każdy czuje to trochę inaczej. Na pewno słyszalne są różne wpływy, nie używamy jednak cytatów… w każdym razie bardzo, bardzo rzadko. Muzyka ludowa jest częścią naszego DNA, którego nie da się przekreślić, ale gramy coś własnego, powstającego czasem z bardzo różnych i odległych geograficznie impresji.

Macie na swoim koncie dźwięki, które można kojarzyć z muzyką szamańską. Mam na myśli choćby nienazwany utwór z Nomadismu.

Każda muzyka jest troszkę szamańska. To porozumiewanie się bez słów, docieranie do głębokich pokładów świadomości czy nawet podświadomości. Tym bardziej, że ta część, o której mówimy, jest sonorystyczna, nie gramy tam melodii. Są to raczej wydobywane z instrumentów efekty specjalne.

Dużo gracie koncertów?

Bardzo dużo. Zwłaszcza w końcówce zeszłego roku byliśmy już na granicy zmęczenia. Ale na ogół czerpiemy przyjemność z tego, że gramy i że koncertów jest dużo. Wydawałoby się, że powinno nas dopaść zmęczenie, znużenie, tym bardziej, że repertuar jest przecież podobny. A jednak każdy koncert jest inny. Publiczność sprawia, że muzyka, niby ta sama, jest w rzeczywistości za każdym razem inna, inaczej grana – obecność publiczności wszystko zmienia.

Macie mocno wypełniony grafik, ale poza Vołochami realizujecie też inne projekty. Jak sobie radzicie z tyloma różnymi zadaniami?

Są dwie szkoły. Zwłaszcza w muzyce klasycznej, ale myślę, że i w jazzie. Jedna z nich mówi, że nie powinno się łączyć różnych światów, bo traci się element czystości. Druga – przeciwnie. Że to właśnie daje bogactwo i pozwala w każdej dziedzinie rozwijać się bardziej. Kiedy gramy z chłopakami, powrót do muzyki klasycznej zawsze jest ciekawy. Staram się przekazać to, co kompozytor chciał opowiedzieć, trochę jak muzyk ludowy – czyli historię, a nie nuty, które widzę na kartce. Grając muzykę napisaną od początku do końca, gdzie każda nuta ma swoją głośność i długość, łatwo wpaść w niepewność i niepokój, że coś się nie uda. W takich sytuacjach to przebywanie w świecie, gdzie muzyka jest po prostu muzyką, opowieścią duszy, pozwala uspokoić się i zagrać z większą pewnością, a tym samym czyściej i precyzyjniej.

Opieracie się głównie na wcześniej już powstałym materiale, czy wciąż znajdujecie odrobinę czasu, by komponować nowe utwory?

Znajdujemy, znajdujemy. Chociaż jest trudno. Nasza trzecia płyta dopiero powstaje i jeszcze chwilkę to na pewno potrwa. Mam nadzieję, że ukaże się w tym roku. Gramy dziewięć lat, więc trzy płyty to raczej mało, ale to dlatego, że chcemy grać naszą muzykę, a trudno by powstawała ona w trasie, kiedy brakuje czasu, żeby spokojnie zjeść obiad, a co dopiero komponować… Wykorzystujemy te momenty, kiedy jest trochę spokojniej. Z drugiej strony fakt, że się stale przemieszczamy, też nas inspiruje.

A kto w zespole najwięcej komponuje?

Mój brat Staszek. Ale i Jan Kaczmarzyk. Zresztą każdy z nas już coś napisał. I oczywiście wszyscy współtworzymy. Kompozycja to jest zarys, który wymaga jeszcze poukładania. Ale melodie płyną głównie od Staszka.

Zbigniew Michałek mówił kiedyś, że jak każdy prawdziwy góral marzy o posiadaniu jachtu i chciałby dopłynąć nim do Chin. Udało mu się zrealizować to marzenie? Tak się składa, że ostatnio graliście w Chinach, ale jak tam dotarliście? Jachtem, czy jednak wybraliście linie lotnicze?

Nie słyszałem o takich marzeniach. Będziemy w takim razie pracować nad tym, by się ziściły.

A jak wspominacie występ przed belgijską parą królewską?

To było ciekawe przeżycie. Tym bardziej, że królowa belgijska, nie ta co prawda, tylko jej poprzedniczka, kojarzy się nam bardzo dobrze, bo jest twórczynią jednego z najważniejszych instrumentalnych konkursów muzycznych. To było miłe spotkanie, bardzo kameralne.

Wolicie takie małe sceny, czy nie ma to dla was znaczenia?

Każde miejsce ma swój urok. Bardzo lubimy takie koncerty jak dzisiaj, kiedy jesteśmy blisko i czuje się publiczność. Ale czasami, jak duża scena jest otoczona ludźmi, których jest bardzo dużo, to też daje wielką energię.

Czasem porównuje się was do 2 Cellos.

Też smyczki, więc podobna energia. I świetni muzycy. Tyle że my nie gramy coverów, tylko własną muzykę. Czasami się zdarza, że jesteśmy proszeni, jak przed królową, żeby zagrać coś znanego, w tym konkretnym przypadku belgijskiego, ale to są wyjątki i coraz rzadziej to robimy. Oczywiście granie utworów znanych powoduje od razu reakcję publiczności, ale z drugiej strony od razu ją ukierunkowuje.

Czyli nie myślicie o urozmaiceniu repertuaru cudzymi kompozycjami?

Nie chcemy tego robić. Oczywiście jest to bardzo popularne i wielu już robi to znakomicie. My jednak idziemy w inną stronę.

A nie planujecie płyty video?

Pewnie kiedyś przyjdzie taka chwila. Dawniej była mocna chęć, żeby coś takiego stworzyć. Wydawało się, że tylko obraz może przekazać czym jest koncert, ale okazuje się, że i video nie jest w stanie oddać wszystkiego.

Słuchając waszych utworów, wyłapuje się mnóstwo dźwiękonaśladownictwa. Słychać szum wody, wiatr, otwieranie drzwi itp. Czy komponując utwór, wiecie już jak on będzie się nazywał, czy najpierw powstaje muzyka, a potem tytuł, sugerujący temat?

Szczerze mówiąc w 90 procentach przypadków nazwa przychodzi później, i to w ciężkich bólach. To chyba najtrudniejszy element komponowania – wymyślenie tytułu.

Do lipca jesteście w trasie. Potem robicie sobie jakąś przerwę?

To wychodzi spontanicznie. Mamy ten problem, że zawsze rezerwujemy sobie wczasy w ostatniej chwili, bo do końca nie wiadomo, kiedy coś się może pojawić, a szkoda nam cokolwiek stracić. Jest pomysł na Koreę znowu, może Japonię, Australię. Sporo rzeczy dopiero się kształtuje, musimy więc być czujni, żeby wykorzystać wolny czas. Bo nie jest oczywiście tak, że nie mamy życia prywatnego.

Jest jakiś kraj, miejsce, gdzie chcielibyście pojechać, bo nie byliście albo byliście i chcielibyście wrócić?

Portugalia. Byłem tam jako turysta, ale mamy też pojechać z zespołem, co bardzo nas cieszy, bo tam jeszcze nie graliśmy. Grecja – tam też jeszcze nie byliśmy. Są przymiarki. Z tych, co już byliśmy, to Japonia – tam chcielibyśmy wrócić. Indie. I Nepal. Nie byliśmy też w Stanach Zjednoczonych. To wielkie miejsce, gdzie trzeba byłoby wjechać z większą trasą. Już były plany, ale chcieliśmy jeszcze popracować nad przygotowaniem na najwyższym poziomie, dlatego wstrzymaliśmy się, ale w przyszłości, mam nadzieję, to się uda.

Pan i pański brat występujecie również solo. Gracie wtedy muzykę klasyczną?

Tak. Klasyczną. Dużo muzyki współczesnej też gramy.

Kogo na przykład?

Ojca (śmiech). To jest kalejdoskop. Długi czas graliśmy, zdarza się to nadal, ale dużo rzadziej, w Orkiestrze Muzyki Nowej. Tam każdy tydzień, czy dwa razy w miesiącu był nowy program, z innymi kompozytorami. Zagraliśmy ich… nie wiem, ponad 200. To jest szaleństwo. Za każdym razem zupełnie inny świat. Wiadomo – muzyka współczesna nie zna barier. Są rzeczy bardzo różne. Przyjaźnie brzmiące. I bardzo nieprzyjaźnie. Wymagające pomysłowości. Jest to fascynujące. Granie muzyki współczesnej oddziałuje też na Vołochów, dzięki poszukiwaniu w instrumentach smyczkowych nietypowych brzmień. To właśnie smyczki mają największe możliwości wydobycia barw. Może nie da się zagrać tyle dźwięków na raz, ale pod względem różnorodności kolorów nie ma takiego drugiego instrumentu. To nas fascynuje i tym lubimy się bawić. W muzyce współczesnej i w Vołochach to jest dokładnie to samo.

Pan gra na skrzypcach, brat na wiolonczeli. Dlaczego akurat smyczki?

To pytanie do naszych rodziców. Tato zaczynał na skrzypcach, ale szybko poszedł w kierunku fortepianu. Mama też była pianistką. Wydaje się, że pianista zazdrości trochę skrzypkowi tego, że może dźwięk kształtować, może nim śpiewać. Oczywiście my czego innego zazdrościmy pianistom – choćby tego, że mogą imitować orkiestrę, podczas gdy skrzypce są instrumentem jednogłosowym.

W jakim wieku rozpoczęliście przygodę z instrumentami?

Pięciu-sześciu lat. Ale bez pośpiechu.

A który skrzypek czy wiolonczelista wywarł na was szczególny wpływ?

Każdego dnia to jest kto inny. I to nie tylko wiolonczeliści czy skrzypkowie. I nie tylko w muzyce klasycznej. To muzycy ludowi, jazzmani, rockmani. W każdym tygodniu fascynuje nas ktoś inny. Trudno więc byłoby wskazać jedną osobę, która była tą najważniejszą. To jest kalejdoskop, niosący ze sobą niesłychane bogactwo. Chociaż może ono być trochę niebezpieczne, bo w pewnym momencie można ogłupieć w tym wszystkim. Ale jednak to dobrze, że jest tylu świetnych wykonawców, którzy na różne sposoby mogą nas inspirować.

Przed wami koncert dla dzieci.

Tak. Właściwie to spektakl, w którym jesteśmy tylko pewnym elementem.

Graliście już wcześniej dla dzieci? Czym taki koncert różni się od występu dla dorosłych?

Bardzo lubimy grać dla dzieci. Świetnie reagują na muzykę. Naszym marzeniem jest, żeby grać trochę więcej, może nawet zrobić taką trasę – przejechać Polskę, grając dla dzieci.

Życzymy w takim razie spełnienia marzeń. I udanych tras koncertowych. Oczywiście wypoczynku również. I nowych płyt – i audio, i video.

Bardzo dziękuję.

Dziękujemy.

Z Krzysztofem Lasoniem, członkiem zespołu Vołosi rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego.

Wywiad. Janusz Wawrowski

Z Januszem Wawrowskim, wirtuozem skrzypiec, rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

DSC_6411

MSHM: Na czym polega magia Stradivariusa?

J.W.: Na pewno na niesamowitym wyczuciu formy samego instrumentu, ale i na ogromnej wiedzy. Zresztą Stradivarius współpracował z matematykami i geometrami, opracowując proporcje swoich skrzypiec. Poza tym miał dostęp do doskonałego drewna, jakiego, o ile wiem, dzisiaj nie ma, co wynika przede wszystkim ze zmiany klimatu, który wówczas był dużo chłodniejszy. Mówi się też, że miał własną recepturę na lakier, której nie przekazał swoim następcom. To bardzo skomplikowane i do dzisiaj nie każde skrzypce wychodzą dobrze nawet najlepszym lutnikom, co być może świadczy, że pewną rolę odgrywa szczęście, przypadek.

MSHM: Czy prawdą jest, że skrzypce Stradivariusa wymagają większych umiejętności, że są kapryśne?

J.W.: Niektóre pewnie są kapryśne, ale to zależy od ich stanu. Jeśli mają kilkaset lat, są popękane, wiele razy klejone czy mniej precyzyjnie naprawione – to mają prawo być kapryśne. Ja na szczęście gram na instrumencie, który jest w bardzo dobrym, właściwie w idealnym stanie. Czuć, że to są zdrowe skrzypce – były bardzo mało ograne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Trzeba jeszcze je „otworzyć”. Gram na nich około ośmiu miesięcy; niektórzy mówią, że skrzypce potrzebują od roku do dwóch lat na powrót do formy. Jest to też kwestia moich umiejętności i dostosowania się. Ale rzeczywiście wymagają, powiedziałbym – dużego doświadczenia. Wymuszają bardzo specyficzny kontakt ze struną. Ja porównuję to do intymnego kontaktu z kobietą – trzeba być blisko, ale nie można przesadzić, bo się to zemści.

MSHM: Pamięta Pan swój pierwszy instrument? Skąd w ogóle miłość do skrzypiec? To rodzice Pana nakierowali, czy sam Pan je odkrył?

J.W.: Sam. Moje pierwsze skrzypce to była plastikowa gitara i łuk. Co ciekawe, w języku angielskim „bow” oznacza zarówno łuk, jak i smyczek (wtedy jeszcze nie znałem angielskiego). W wieku pięciu lat chciałem już iść do szkoły, ale rodzice uznali, że to za wcześnie, że odpowiedni wiek to lat siedem. Ostatecznie stanęło na sześciu. Tyle że zapisali mnie na fortepian. Po egzaminie szybko sprostowałem, że to pomyłka, że chcę grać na skrzypcach. Więc od kiedy pamiętam, chciałem grać na skrzypcach.

MSHM: To zapewne geny. Pańscy rodzice byli co prawda lekarzami…

J.W.: Tak. Moja rodzina jest zdecydowanie medyczna – kilkudziesięciu lekarzy, ale rodzice i dziadek ze strony mamy grali na fortepianie. Dziadek był prawdopodobnie bardzo uzdolniony. Zaczął uczyć się jako dorosły człowiek, już był lekarzem, i grał utwory Beethovena, Szopena. Miał w domu fortepian i zawsze marzył, by w rodzinie był jakiś wirtuoz. Być może więc zadziałał tu jakiś rodzaj duchowości czy po prostu geny.

MSHM: Zastanawiał się Pan czy nie pójść w ślady rodziców i zostać lekarzem?

J.W.: Zawsze mnie to interesowało, ale pasja muzyczna była jednak silniejsza.

MSHM: Kilka lat temu wspominał Pan w jednym z wywiadów, że Pańskie dzieci też mają talenty muzyczne, ale córka wolałaby być aktorką. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

J.W.: Zmieniło się tyle, że coraz bardziej chcą być muzykami. Z żoną ani nie zachęcamy ich, ani nie zniechęcamy. Staramy się w miarę obiektywnie pokazać szanse i możliwości, ale nie wskazujemy im brutalnie drogi, jaką mają podążać. Myślę, że właśnie brak przymusu połączony z naszymi sukcesami (żona też śpiewa, koncertuje) spowodował, że tego właśnie zapragnęły. Doceniają, że jest to jednocześnie zawód i pasja.

MSHM: Usłyszeliśmy dzisiaj trzy Kaprysy Paganiniego. Płytę z tymi utworami nagrywał Pan jeszcze na swoich poprzednich skrzypcach. Czy różnice między instrumentami sprawiają dużą trudność?

J.W.: Na pewno jeszcze się przyzwyczajam do instrumentu. Kaprysy Paganiniego są szalenie trudne, jest ich bardzo dużo. Praca nad nimi zajęła mi wiele lat, najpierw z prof. Ławrynowiczem, potem też z profesorem Klessem.  I ciągle łapię się na tym, że nawyki ze starego instrumentu wciąż są. Czasem to milimetry, czasem pół milimetra, ale pamięć ruchowa daje o sobie znać. Generalnie jednak, jak się człowiek nauczy już grać na Stradivariusie, już wie jak wydobyć dźwięk, wszystko staje się prostsze. To jest instrument, który niesamowicie się odzywa, niesamowicie reaguje. Łatwiej gra się na nim czysto, czytelnie.

MSHM: A nie myśli Pan o ponownym wykonaniu, może i nagraniu, wszystkich Kaprysów, już na Stradivariusie?

J.W.: Prędzej czy później pewnie do tego dojdzie, bo są różne propozycje. Parę lat temu już wykonałem znowu wszystkie Kaprysy – w Lusławicach. Sam jestem ciekaw, jak by to było zagrać je na Stradivariusie, a może nawet i nagrać – niektórzy muzycy nagrywali je co najmniej po dwa razy, więc kto wie, może przede mną też taka droga. Ale jeszcze trochę czasu musi minąć, bym się naprawdę dobrze z tym instrumentem poznał, żeby on też rozwinął swoje skrzydła. Wtedy zobaczymy.

MSHM: Jeszcze pytanie: co w ogóle skłoniło Pana do mierzenia się z tak trudnym repertuarem jak Paganini, w dodatku na pierwszej płycie?

J.W.: Oprócz ciekawości zapewne chęć udowodnienia samemu sobie, że jest się w stanie to zrobić. Trochę zainspirował mnie też profesor Tadeusz Wroński, wielki pedagog, z którym nie miałem wiele do czynienia, ale to on właśnie, kiedy posłuchał mnie jak grałem jako 13-14-latek, powiedział: „To jest człowiek, który powinien jak najszybciej spróbować zrobić wszystkie Kaprysy Paganiniego, bo ma takie możliwości”. Więc pierwszy podsunął mi taką ideę.

MSHM: Ma Pan swoich ulubionych kompozytorów, których już Pan grał albo chciałby dopiero zagrać?

J.W.: Nie. Muzyka, bez względu na epokę, może być ciekawa, a ja żyję w o tyle dobrych czasach, że mamy już za sobą kilkaset lat wspaniałych dokonań. Cenię sobie to, że mogę grać i barok, i klasycyzm, i romantyzm, i muzykę współczesną.

MSHM: Mówi się o bardzo dobrym wpływie muzyki na rozwój dziecka. Nie myślał Pan o repertuarze dla takiego odbiorcy?

J.W.: Grywałem, nawet często, koncerty dla dzieci i młodzieży. To jest fantastyczne patrzeć jak reagują. Zdarzało mi się też grywać dla kobiet w ciąży. Myślę, że to rzeczywiście jest niesłychanie ważne i dobrze, że są muzycy, którzy się w tym specjalizują. Dzisiaj dzięki technice i badaniom mózgu ponownie dochodzimy do tego, co wiedziano już w starożytności, że muzyka jest częścią wszechstronnego rozwoju. Nie ma np. żadnej czynności, która, by tak mocno i kompleksowo angażowała nasz mózg, jak gra na fortepianie czy na skrzypcach. Nie jest to więc tylko sztuka, ale coś, co jest dobre dla naszego rozwoju. Dlatego wszyscy powinniśmy w zajęciach muzycznych uczestniczyć, co oczywiście nie znaczy, że wszyscy mają być muzykami, ale mogą być jeszcze lepszymi menadżerami, wynalazcami czy ekonomistami.

MSHM: Opuszczając wyżyny, jaki jest Pański stosunek do muzyki rozrywkowej?

J.W.: Pozytywny – ogólnie mówiąc. Dużo słucham, szczególnie rocka progresywnego, takiej klasyki jak Queen – to akurat jeden z moich ulubionych zespołów. Ale zdarzało się słuchać AC/DC, takich cięższych brzmień. Bardzo lubię jazz. Niektórzy traktują go jako rozrywkę. Podoba mi się muzyka filmowa, i to zarówno symfoniczna, jak i elektroniczna. Hans Zimmer czy John Williams – ciekawie się rozwijają.

MSHM: Poszedłby Pan na współpracę z którymś z filmowych kompozytorów?

J.W.: Jest to dla mnie kuszące, bo byłoby to spełnieniem marzeń – koncert czy fantazja oparta np. na temacie z Gwiezdnych wojen.

MSHM: A Reggae? Podobno miał Pan w tym stylu przygodę w pociągu.

J.W.: (śmiech) Moje Kaprysy Paganiniego (na płycie) pojechały na największy festiwal europejski muzyki reggae. Dwaj goście z długimi dredami, palący nie tylko papierosy, zapewniali, że 24. Kaprys z podarowanej im płyty wmiksują podczas imprezy.

MSHM: Zanim Pan do nas wróci, bo zapraszamy ponownie, gdzie w najbliższym czasie można jeszcze Pana usłyszeć?

J.W.: Koncerty – w Luksemburgu (już był, 10 lutego), w Korei Południowej, w Katowicach, we Wrocławiu, w Stanach Zjednoczonych. Są też plany nagraniowe, naprawdę dużo, dużo projektów.

MSHM: Życzymy więc sukcesów. I dziękujemy za rozmowę.

J.W.: Dziękuję.

Wywiad. Z potrzeby serca

Z Basią Stepniak-Wilk, poetką (jak sama o sobie mówi: raczej tekściarką), wokalistką i kompozytorką rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

6aa

Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego: Sama pisze Pani teksty swoich piosenek, ale zdarza się pani również komponować. Co podczas twórczego procesu pojawia się najpierw – słowa czy muzyka?

Basia Stępniak-Wilk: Bardzo długo udawało mi się pisać tak, że jak przychodziła mi jakaś fraza do głowy, to była to fraza słowno-muzyczna, nie pisałam najpierw słów, a potem do tego muzyki, ani odwrotnie. Natomiast w pewnym momencie zaczęto mnie prosić o teksty. Wcześniej nie chciałam nikomu ich dawać, bo wydawało mi się, że najlepiej będzie, jeśli zaśpiewam je sama. To nie było najlepsze podejście, ale długo odmawiałam takiego pisania. Zmiana nastąpiła dopiero, kiedy spotkałam Olka Brzezińskiego. Oczywiście i wcześniej zdarzały się pojedyncze epizody – napisałam tekst dla Lidii Jazgar; Marek Bałata śpiewa jakiś mój tekst… Dorota Ślęzak, Wanda Kwietniewska. Zawsze jednak pisałam dla innych niechętnie. Czułam się poetką… a raczej tekściarską, bo poetką nie czułam się nigdy…, która pisze z potrzeby serca, wtedy, kiedy ją coś dotknęło, kiedy coś przeżyła. Nie byłam tekściarką na zamówienie, której się mówi: „Napisz mi o chlebie, tekst potrzebny na pojutrze”. Nie podejmowałam takich wyzwań. Do dziś zdarza mi się to sporadycznie. Kiedy jednak z kompozytorem Olkiem Brzezińskim zaczęliśmy robić „Wieczory niePerwersyjne”, do mnie należało napisanie jedynie tekstu. To sytuacja dla komponującej autorki niewygodna, bo przygotowując słowa zawsze mam o utworze jakieś wyobrażenie, jakąś wizję. Współpraca z Olkiem była znakomita. Tak naprawdę tylko w przypadku jednego tekstu postawiłam veto, uznałam, że muzyka jest nieadekwatna do słów i kompozytor zaproponował mi nową wersję. Trudność polega więc na tym, że ktoś, kto sam też komponuje, ma jakieś oczekiwania co do rytmu, melodii i charakteru utworu.

MSHM: Dziś akurat śpiewała Pani wyłącznie własne teksty…

B.S.-W.: Zawsze śpiewam tylko własne teksty.

MSHM: Zawsze?

B.S.-W.: Poza epizodami na mojej macierzystej scenie krakowskiej, czyli scenie Teatru Loch Camelot, gdzie często śpiewaliśmy na przykład wiersze Tuwima czy Gałczyńskiego z muzyką Ewy Korneckiej, naprawdę bardzo rzadko zdarzało mi się śpiewać czyjeś teksty. Ale od jakiegoś czasu jestem już chyba gotowa, by śpiewać piosenki innych autorów i nie bać się, że je skrzywdzę. Nawet noszę się z zamiarem przygotowania programu m.in. z piosenkami obcojęzycznych autorów w polskich tłumaczeniach. Niedawno na koncercie galowym Międzynarodowego Festiwalu Bardów OPPA w Warszawie śpiewałam Zakochanych na ławce Brassensa.

MSHM: Gdzie szuka Pani inspiracji? Nie mówię o życiu, tylko o innych autorach. Którzy są pani najbliżsi?

B.S.-W.: Prawie każdy odpowiedziałby: „Kofta, Młynarski, Osiecka”. Ja jednak najbliżej jestem tego, co pisali Starsi Panowie, Jeremi Przybora. Nie żebym się w jakikolwiek sposób porównywała, ale uwielbiam zabawę słowem. Czasami niesie mnie rym i rytm. Męczy mnie natomiast każda linijka, która jest tylko przebiegiem myśli między elementami fabularnymi.

MSHM: A zdarza się Pani zapomnieć tekstu?

B.S.-W.: Takie rzeczy się zdarzają. Kiedyś bardzo to przeżywałam, teraz jestem już dużą dziewczynką. Do każdego występu podchodzę bardzo poważnie. Niektórzy mówią nawet, że zbyt poważnie. I traktuję swoich słuchaczy jak najlepszych gości, z ogromnym szacunkiem. Ale nauczyłam się też wybaczać sobie, jeśli coś się przydarzy. Specjalnie przecież nie popełniłam błędu, nie jestem nieprzygotowana, nie przyszłam specjalnie niewyspana, bo oglądałam do rana seriale. Poza tym bywam też widzem i wiem, że drobne potknięcia nie świadczą o całości występu.

MSHM: Uczestnicząc w Pani koncertach można odnieść wrażenie, że bawi się Pani występem razem z publicznością.

B.S.-W.: Nie nadużywałabym słowa bawić się. Ja nie zapytam podczas koncertu „czy państwo dobrze się bawią”. Ale ludzie nie przychodzą po to, żeby się męczyć, ani ja nie jestem tu po to, by męczyć się z publicznością. Chodzi o to, byśmy przeprowadzili rodzaj jakiejś rozmowy. Nawet jeśli słuchacze nie werbalizują swoich odczuć, widzi się spojrzenia, uśmiechy czy zadumę. To jest kontakt i ten kontakt musi być.

MSHM: Woli Pani duże koncerty, czy występy kameralne?

a wielkich stadionach nie śpiewałam, ale śpiewałam kilka razy na festiwalu w Opolu. Wolę jednak małe przestrzenie. Lubię kontakt z publicznością, mimo że to jest trudniejsze – doskonale widać każdy ruch, chrząknięcie, niedoskonałość. Nie znaczy to jednak, że nie lubię, jak przychodzi dużo ludzi.

MSHM: Czy zawsze, od pierwszych swoich występów na scenie, utrzymywała Pani w podobny sposób jak dziś kontakt z publicznością?

B.S.-W.: Nie. Albo robiłam to bardzo źle. Śpiewając, nie miałam nigdy problemu z byciem na scenie, ale kiedy musiałam coś powiedzieć, zawsze miałam straszną tremę i mi to nie wychodziło. I nawet jak zaczęliśmy z Olkiem Brzezińskim robić „Wieczory niePerwersyjne”, prowadzili je koledzy, i tylko pod ich nieobecność zmuszona byłam próbować „konferansjerki”. Kilka lat temu, kiedy byłam gościem Salonu Literacko-Muzycznego w Nowohuckim Centrum Kultury, tak „zagadałam” gospodarza wieczoru, że zaproponowano mi prowadzenie tych cyklicznych spotkań. Wydawało mi się mało prawdopodobne, bym umiała sobie poradzić, ale zaangażowałam się w to na sześć lat i zaczęłam to bardzo lubić.

MSHM: Scena i radio to główne obszary pani działalności. Ale ma pani na swoim koncie również książkę dla dzieci. Nie myśli pani o powrocie do takiej formy wypowiedzi?

B.S.-W.: Wiele osób mnie o to pyta, bo „Tulisia” była udaną książką, nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie literackim. A czy wrócę do tego? Napisałam trochę wierszy dla dzieci, ale jak moje własne dzieci były mniejsze. Teraz już urosły. Myślę, że łatwiej pisze się dla takiego odbiorcy, którego się zna. Niby wszystkie dzieci są nasze i wszystkie są takie same, ale chyba bym już tego nie dogoniła, tych wszystkich misiów, zabaw i rozmów, które wyglądają jednak trochę inaczej, niż kilka, kilkanaście lat temu. Jestem już poza tym.

MSHM: Synowie idą w ślady mamy? Mają talenty muzyczne?

B.S.-W.: Starszy, Mateusz, w ubiegłym roku zagrał koncert dyplomowy w szkole muzycznej w klasie perkusji. Młodszy, Miłosz, czasem (ale częściej niż Mateusz) ze mną koncertuje, gra na cajonie, na ukulele. Jest w klasie perkusji. Chciałby chyba być wibrafonistą, ale ostatnio dużo ćwiczy na klarnecie.

MSHM: Jest Pani polonistką. Czy to wykształcenie ma wpływ na Pani warsztat literacki.

B.S.-W.: Kiedy znalazłam się na polonistyce, myślałam, że nauczę się tam pisać. Okazało się jednak, że do trzeciego roku było to przede wszystkim czytanie. Dziś chyba jest więcej kierunków i kursów, które umożliwiają naukę pisania – czy to scenariuszy, czy librett, małych form prozatorskich czy nawet wierszy. Ale nie jest bez znaczenia to, ile książek przeczytałam, ile wierszy „zinterpretowałam”. Każde doświadczenie rozwija i jest dobrą podstawą do budowania czegoś nowego, do pisania nowych piosenek także.

MSHM: Nie myślała Pani o innym repertuarze, niż ten, w którym się Pani specjalizuje, np. operowym czy operetkowym?

B.S.-W.: Skończyłam klasę śpiewu solowego w Szkole Muzycznej II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie i siłą rzeczy na dyplomie musiałam śpiewać Moniuszkę, Mozarta, Szymanowskiego i arie starowłoskie. Przypomniałam sobie o tym całkiem niedawno, kiedy podjęłam ryzyko zaśpiewania recitalu z bardzo chorym gardłem. Okazało się, że pewne rzeczy jestem w stanie zaśpiewać, ukryć mankamenty osłabionego głosu, że „warsztat” pomaga. Mam więc nadzieję, że potrafię korzystać z tego, że taką szkołę skończyłam, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy organizm jest w słabszej formie. Kiedy kolega ma katar, to – o ile nie gra na instrumencie dętym – jak się skoncentruje, nikt niedyspozycji nie zauważy. U mnie natomiast zaraz będzie to słychać – praca głosem jest pod tym względem dosyć niewdzięczna. Na szczęście nie jestem specjalnie chorowita.

MSHM: Wspominała pani, że jest gotowa do śpiewania tekstów innych autorów. Możemy więc spodziewać się zmian z tym związanych?

B.S.-W.: W każdym razie będę próbowała poszerzać swoje programy o piosenki, które lubię – innych wykonawców. Bliska mi jest piosenka francuska, czy też francuskojęzyczna, więc Brel, Brassens, Moustaki, Feré. Może rzeczywiście pójdę w tym kierunku. Zobaczymy.

MSHM: W takim razie czekamy. I życzymy powodzenia. Oczywiście zapraszamy na kolejne koncerty do naszego muzeum.

B.S.-W.: Było przemiło. Macie państwo fantastyczną publiczność, która słucha, reaguje, jest wrażliwa i pozwala wykonawcy świetnie się czuć. Bardzo dziękuję.

MSHM: Dziękujemy.