5 kwietnia. Antyk i my

Przed nami ostatnia z cyklu prelekcji o starożytnych gospodarzach naszych ziem. 

Jak wyglądały kontakty mieszkańców dzisiejszych ziem polskich z Rzymem? Co z nich pozostało czytelne do dziś, a co umknęło w mrokach dziejów, by dać się ponownie odkryć dzięki badaniom archeologicznym? I najważniejsze: czy ta spuścizna, pozostawiona przez ludzi sprzed 2000 lat, ma dla nas jeszcze jakieś znaczenie; czy owo dziedzictwo wciąż decyduje o naszym postrzeganiu świata i kultury, czy jest tylko martwym reliktem, niepotrzebnie obciążającym pamięć studentów historii? Żadne z tych pytań nie pozostanie bez odpowiedzi, a próbę sprostania im podejmie, wspólnie z uczestnikami spotkań, dr Andrzej Przychodni.

starożytni gospodarze

Pierwsza z trzech zaplanowanych prelekcji (Starożytni gospodarze naszych ziem. Kim naprawdę byli?) odbyła się 15 lutego. Druga – W cieniu cesarstwa rzymskiego? Zagadki końca epoki starożytności na ziemiach polskich – 15 marcaPrzed nami  jeszcze jedna:

Antyk i my. Czy nadal istnieje potrzeba zajmowania się okresem wpływów rzymskich na ziemiach polskich?

Odbędzie się ona 5 kwietnia (godz. 19.00).

Prelegent: Andrzej Przychodni – archeolog, prezes Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Dziedzictwa Przemysłowego, wieloletni pracownik Urzędu Ochrony Zabytków w Kielcach jak również wieloletni współorganizator Dymarek Świętokrzyskich, muzealnik.

Jako archeolog specjalizuje się w studiach nad przedmiotami importowanymi z terenu prowincji rzymskich, znajdowanymi poza obszarem Imperium Rzymskiego. Uczestniczy też w  badaniach nad starożytnym hutnictwem świętokrzyskim i w ich popularyzacji.

6 kwietnia. Sobota z… pisanką

Warsztaty bez ograniczeń wiekowych, dla całych rodzin. Podczas spotkania można będzie nie tylko zgłębić historię Wielkanocnych tradycji, ale i własnoręcznie (lub z pomocą prowadzących zajęcia) wykonać dowolnie ozdobioną pisankę. Jeśli ktoś ma własne wydmuszki, może je przynieść.

Warsztaty odbędą się w sobotę, 6 kwietnia w godz. od 11.00 do 14.00 w pruszkowskim Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego. Wstęp wolny. Zapraszamy!

13 kwietnia. Strug – Monodia Polska

Koncert zespołu śpiewaczego, praktykującego dawne polskie pieśni religijne i świeckie w wariantach melodycznych zebranych przez Adama Struga w Łomżyńskiem i na Kurpiach Zielonych.

Zespół posługuje się starodawnymi skalami muzycznymi, użytkowanymi przed systemem dur-moll. Kwintesencją Monodii Polskiej jest zachowanie dawnej emisji i maniery wykonawczej oraz stroju nierównomiernie temperowanego. Kontynuuje przy tym ustną tradycję muzyki polskiej: pieśni rycerstwa, barokowe piety, śpiewane moralitety XVIII wieku, romantyczne pieśni dewocyjne oraz utwory nieskodyfikowane, będące wyrazem pobożności ludowej. Liczący 1102 pieśni na cały rok liturgiczny Śpiewnik Pelpliński(1871) stanowi nieodzowne źródło warstwy tekstowej. Średniowieczne anonimy sąsiadują tu z wierszami Kochanowskiego, Wujka, Bolesławiusza, Trembeckiego, Żabczyca, Naborowskiego, Krasickiego i Karpińskiego. Świecką część repertuaru Monodii Polskiej stanowią pieśni Kurpiowszczyzny Zielonej i historyczne.

Adam Strug – śpiewak i instrumentalista, autor piosenek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, scenarzysta filmów dokumentalnych, pomysłodawca zespołu śpiewaczego Monodia Polska, popularyzator muzyki tradycyjnej.

Koncert odbędzie się 13 kwietnia (godz. 19.00). Darmowe bilety do odebrania w recepcji muzeum. Po koncercie – wernisaż malarstwa i grafik Bożeny Korulskiej. Prace artystki towarzyszyły nam także podczas całego sezonu koncertowego 2018/2019.

Zapraszamy.

 

Koncert objęty honorowym patronatem:

Prezydenta Miasta Pruszkowa Pawła Makucha,

Starosty Pruszkowskiego Krzysztofa Ryzmuzy.

Współorganizator:

Mazowsze. serce Polski.

Partnerzy:

Stowarzyszenie Autorów ZAiKS,

Warszawska Kolej Dojazdowa.

strug

16 kwietnia. Tajemnicza Maria Magdalena

Która to jest właśnie TA Maria Magdalena? To zapewne jedno z najczęściej dyskutowanych zagadnień na świecie. Od stuleci wciąż z tą samą siłą pobudza wyobraźnię i zachęca do prób rozwikłania zagadki.

My do tej dyskusji się dołączamy, proponując Państwu udział w spotkaniu, którego głównymi bohaterami będą biblista i historyk literatury ks. prof. Józef Naumowicz oraz dr Paweł Feliks Nowakowski – historyk i teolog, autor książki Maria Magdalena. Historia najbardziej tajemniczej kobiety w Biblii.

Spotkanie-debata odbędzie się 16 kwietnia (godz. 18.00) w siedzibie naszego muzeum. Poprowadzi je Hanna Maria Giza – dziennikarka radiowa, aktorka i reżyser słuchowisk. Wstęp wolny. Zapraszamy.

Poniżej: miniatura pochodząca z XII-wiecznego psałterza z St. Albans przedstawiająca Marię Magdalenę przekazującą apostołom wieść o zmartwychwstaniu Jezusa.

maria magda

Tematy do dyskusji

  1. Skąd współcześnie tyle fałszywych wersji historii Marii Magdaleny i dlaczego są tak popularne?
  2. Maria Magdalena współcześnie – feminizm, Broadway i Hollywood.
  3. Kim były kobiety wokół Jezusa, jaka była ich rola, co o nich wiemy? Maria Magdalena na tle innych kobiet. Gnostyckie dialogi Marii Magdaleny z Jezusem.
  4. Co na temat Marii Magdaleny mówi Biblia? W których księgach bohaterka się pojawia, a w których nie i dlaczego? Dlaczego wzmianek o niej jest tylko 13? Jakie znaczenie ma wymienienie Marii Magdaleny w Nowym Testamencie, w świetle wiedzy o ówczesnej roli kobiet w Palestynie? Co Kościół mówi o Marii Magdalenie w swoich dokumentach?
  5. Dlaczego utożsamiono Marię Magdalenę z jedną z wymienionych w Ewangelii cudzołożnic? Jak rozwijał się pogląd o nawróceniu Marii Magdaleny? Jak można interpretować egzorcyzmowanie Marii Magdaleny – co oznacza siedem demonów i jaki mogły mieć wpływ na jej życie?
  6. Czy między Marią Magdaleną a Chrystusem mogła być jakaś szczególna zażyłość? Jaki mógł być jej charakter? Czy była wyróżnioną pośród uczniów, jak sugeruje apokryf Ewangelia Marii Magdaleny?
  7. Czy Maria Magdalena jako świadek Zmartwychwstania Chrystusa posiadła jakąś szczególną wiedzę, jak sugerują gnostyckie dialogi?
  8. Czy Maria Magdalena pozostawała w konflikcie z Piotrem? Czy mogła być nauczycielką apostołów, jak sugeruje Ewangelia Marii Magdaleny? Jakie są późniejsze tradycje na ten temat? Skąd bierze się we wschodnim Kościele tradycja pisanek i inne przykłady wyobrażenia roli Marii Magdaleny?
  9. Jaka była rola Marii Magdaleny po śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa?
  10. Późniejsze tradycyjne przekazy o życiu Marii Magdaleny.

Zamówienie publiczne

Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego im. Stefana Woydy w Pruszkowie wysłało zapytanie ofertowe do firm dotyczące obsługi portierni oraz usługi ochrony technicznej zabezpieczającej mienie wystawy Stałej i Czasowej Muzeum.

Treść zapytania:

Szanowni Państwo,

zwracamy się z prośbą o wycenę usługi związanej z obsługą portierni w obiekcie Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego im. Stefana Woydy w Pruszkowie  oraz usługą ochrony  technicznej zabezpieczającej mienie wystawy Stałej i Czasowej Muzeum.

W ramach  obsługi portierni  Wykonawca będzie zobowiązany do świadczenia usługi obsługi  portierni Muzeum przez
5 dni w tygodniu  (od poniedziałku do piątku) przez 16 godzin na dobę od 16:00 do 8:00 dnia następnego oraz w niedzielę
i święta, dni ustawowo wolne od pracy przez 24 godziny na dobę. Ogólna ilość godzin pracy na portierni wynosi:
6752/ rok.

Zakres obsługi portierni obejmuje:

– prowadzenie portierni ( dokonywanie wpisów zdawania i przekazywania dyżurów, prowadzenie statystyki dotyczącej ilości odwiedzających Muzeum, prowadzenie dokumentacji z wykonywanych zadań);

– obsługę kasy fiskalnej ( sprzedaż biletów, sprzedaż pamiątek);

– wydawanie kluczy pracownikom;

– odbieranie i łączenie telefonów;

– obsługa systemu alarmowego;

– udzielanie informacji gościom i odwiedzającym;

– nocne dyżury;

– obchody instytucji – wewnątrz i na zewnątrz;

– wykonywanie poleceń Dyrektora i Kierownika Administracyjnego;

– dbanie o czystość części ogólnodostępnych na parterze budynku Muzeum;

– zamiatanie i odśnieżanie ciągów komunikacyjnych przed budynkiem;

– minimalizacja skutków awarii urządzeń i instalacji znajdujących się ma terenie chronionego obiektu;

– zapobieganie osobom nieuprawnionym wstępu na teren Obiektu;

– nadzorowanie prac zewnętrznych firm serwisowych, jeżeli zajdzie taka potrzeba;

– użycie w przypadku włamania lub napadu przycisku napadowego przywołującego grupę interwencyjną Juventus.

 

W ramach ochrony technicznej na wystawie stałej i czasowej Wykonawca będzie zobowiązany do świadczenia usługi przez dwa dni w tygodniu ( sobotę  i niedzielę ) oraz inne dni wolne od pracy wskazane przez Zamawiającego usługę ochrony technicznej wystaw przez 7 godzin. Ogólna ilość godzin pracy w ramach ochrony technicznej wynosi średnio 798/ rok.

 

Zakres zadań ochrony technicznej wystawy podczas  dyżurów w  soboty i niedziele
(7h/dzień):

– zapewnienie ochrony budynku oraz zbiorów Muzeum znajdujących się na wystawie a także bezpieczeństwa pracowników i gości Obiektu;

– zapobieganie przestępstwom i wykroczeniom przeciwko mieniu, a także przeciwdziałanie wynikającym z nich szkodom;

– zapobieganie kradzieży, kradzieży z włamaniem, zniszczeniu i dewastacji mienia Muzeum;

– obsługa gości zwiedzających MuzeumProsimy o wymienienie poza ceną za godzinę pracy pracowników ewentualnych innych składowych oferty mieszczących się w podawanej kwocie.

 

Zeskanowaną ofertę na piśmie firmowym należy przesłać do dnia 29.03.2019 na adres: b.skwarna@archiwalnawww.mshm.pl, a  następnie pocztą na adres Muzeum.

Wywiad. Krzysztof Lasoń

Vołochów gościlismy 2 marca. Zagrali (i to jak?!) w wypełnionej po brzegi oranżerii, z każdym utworem coraz głębiej zapdając w pamięć słuchaczy. Po koncercie spotkaliśmy się na dłuższej pogawędce z jednogłośnie wytypowanym do tego zadania przez resztę zespołu Krzysztofem Lasoniem. Rozmowa potoczyła się właśnie tak…  

DSC_1660

MSHM: Niektórzy mówią, że połączenie klasycznego wykształcenia z muzyką ludową jest jak ogień i woda. Pamięta Pan, kiedy zaczęła w was kiełkować myśl, by dokonać tak nietypowej fuzji?

Krzysztof Lasoń: No, właśnie nie było takiej myśli. To wyszło zupełnie spontanicznie. Spotkaliśmy się swego czasu przy okazji mojego wesela. Oczywiście się polubiliśmy, ale dla nas to był przede wszystkim ogromny szok – usłyszeć zespół ludowy, który gra tak niesamowicie precyzyjnie… tak perfekcyjnie, że mógłby prowadzić zajęcia z kameralistyki, uświadamiając studentom jak można współgrać.  Olśnienie doprowadziło do przyjaźni, a przyjaźń do wspólnego grania, spontanicznie, dla przyjemności, bez myśli o stworzeniu zespołu z prawdziwego zdarzenia.

Zaskoczyła was doskonałość techniczna…

Nie tylko techniczna. Ale umiejętność wyrażania emocji w sposób perfekcyjny, profesjonalny.

Na czym właściwie polega trudność współpracy w sytuacji, kiedy spotyka się muzyk klasyczny z muzykiem ludowym?

Trudności oczywiście są, ale jest też moment, kiedy nie myśli się, co zrobić, nie układa się tego wcześniej, tylko zaczyna się współtworzyć. Wiadomo – górale mają specyficzny sposób wydobycia dźwięku, a my, muzycy klasyczni, uczymy się od nich tego, co nam w trakcie edukacji łatwo jest zgubić. Gramy dużo utworów, gam, etiud i w pewnym momencie granie staje się swego rodzaju sylabizowaniem, podczas gdy oni mówią pełnym zdaniem i jest to dla nich tak oczywiste, że przywraca istotę muzyki.

Gracie przede wszystkim własne utwory, ale nie powstają one w muzycznej próżni. Ile w waszej twórczości jest muzyki ludowej, powiedzmy – polskiej muzyki ludowej?

Każdy czuje to trochę inaczej. Na pewno słyszalne są różne wpływy, nie używamy jednak cytatów… w każdym razie bardzo, bardzo rzadko. Muzyka ludowa jest częścią naszego DNA, którego nie da się przekreślić, ale gramy coś własnego, powstającego czasem z bardzo różnych i odległych geograficznie impresji.

Macie na swoim koncie dźwięki, które można kojarzyć z muzyką szamańską. Mam na myśli choćby nienazwany utwór z Nomadismu.

Każda muzyka jest troszkę szamańska. To porozumiewanie się bez słów, docieranie do głębokich pokładów świadomości czy nawet podświadomości. Tym bardziej, że ta część, o której mówimy, jest sonorystyczna, nie gramy tam melodii. Są to raczej wydobywane z instrumentów efekty specjalne.

Dużo gracie koncertów?

Bardzo dużo. Zwłaszcza w końcówce zeszłego roku byliśmy już na granicy zmęczenia. Ale na ogół czerpiemy przyjemność z tego, że gramy i że koncertów jest dużo. Wydawałoby się, że powinno nas dopaść zmęczenie, znużenie, tym bardziej, że repertuar jest przecież podobny. A jednak każdy koncert jest inny. Publiczność sprawia, że muzyka, niby ta sama, jest w rzeczywistości za każdym razem inna, inaczej grana – obecność publiczności wszystko zmienia.

Macie mocno wypełniony grafik, ale poza Vołochami realizujecie też inne projekty. Jak sobie radzicie z tyloma różnymi zadaniami?

Są dwie szkoły. Zwłaszcza w muzyce klasycznej, ale myślę, że i w jazzie. Jedna z nich mówi, że nie powinno się łączyć różnych światów, bo traci się element czystości. Druga – przeciwnie. Że to właśnie daje bogactwo i pozwala w każdej dziedzinie rozwijać się bardziej. Kiedy gramy z chłopakami, powrót do muzyki klasycznej zawsze jest ciekawy. Staram się przekazać to, co kompozytor chciał opowiedzieć, trochę jak muzyk ludowy – czyli historię, a nie nuty, które widzę na kartce. Grając muzykę napisaną od początku do końca, gdzie każda nuta ma swoją głośność i długość, łatwo wpaść w niepewność i niepokój, że coś się nie uda. W takich sytuacjach to przebywanie w świecie, gdzie muzyka jest po prostu muzyką, opowieścią duszy, pozwala uspokoić się i zagrać z większą pewnością, a tym samym czyściej i precyzyjniej.

Opieracie się głównie na wcześniej już powstałym materiale, czy wciąż znajdujecie odrobinę czasu, by komponować nowe utwory?

Znajdujemy, znajdujemy. Chociaż jest trudno. Nasza trzecia płyta dopiero powstaje i jeszcze chwilkę to na pewno potrwa. Mam nadzieję, że ukaże się w tym roku. Gramy dziewięć lat, więc trzy płyty to raczej mało, ale to dlatego, że chcemy grać naszą muzykę, a trudno by powstawała ona w trasie, kiedy brakuje czasu, żeby spokojnie zjeść obiad, a co dopiero komponować… Wykorzystujemy te momenty, kiedy jest trochę spokojniej. Z drugiej strony fakt, że się stale przemieszczamy, też nas inspiruje.

A kto w zespole najwięcej komponuje?

Mój brat Staszek. Ale i Jan Kaczmarzyk. Zresztą każdy z nas już coś napisał. I oczywiście wszyscy współtworzymy. Kompozycja to jest zarys, który wymaga jeszcze poukładania. Ale melodie płyną głównie od Staszka.

Zbigniew Michałek mówił kiedyś, że jak każdy prawdziwy góral marzy o posiadaniu jachtu i chciałby dopłynąć nim do Chin. Udało mu się zrealizować to marzenie? Tak się składa, że ostatnio graliście w Chinach, ale jak tam dotarliście? Jachtem, czy jednak wybraliście linie lotnicze?

Nie słyszałem o takich marzeniach. Będziemy w takim razie pracować nad tym, by się ziściły.

A jak wspominacie występ przed belgijską parą królewską?

To było ciekawe przeżycie. Tym bardziej, że królowa belgijska, nie ta co prawda, tylko jej poprzedniczka, kojarzy się nam bardzo dobrze, bo jest twórczynią jednego z najważniejszych instrumentalnych konkursów muzycznych. To było miłe spotkanie, bardzo kameralne.

Wolicie takie małe sceny, czy nie ma to dla was znaczenia?

Każde miejsce ma swój urok. Bardzo lubimy takie koncerty jak dzisiaj, kiedy jesteśmy blisko i czuje się publiczność. Ale czasami, jak duża scena jest otoczona ludźmi, których jest bardzo dużo, to też daje wielką energię.

Czasem porównuje się was do 2 Cellos.

Też smyczki, więc podobna energia. I świetni muzycy. Tyle że my nie gramy coverów, tylko własną muzykę. Czasami się zdarza, że jesteśmy proszeni, jak przed królową, żeby zagrać coś znanego, w tym konkretnym przypadku belgijskiego, ale to są wyjątki i coraz rzadziej to robimy. Oczywiście granie utworów znanych powoduje od razu reakcję publiczności, ale z drugiej strony od razu ją ukierunkowuje.

Czyli nie myślicie o urozmaiceniu repertuaru cudzymi kompozycjami?

Nie chcemy tego robić. Oczywiście jest to bardzo popularne i wielu już robi to znakomicie. My jednak idziemy w inną stronę.

A nie planujecie płyty video?

Pewnie kiedyś przyjdzie taka chwila. Dawniej była mocna chęć, żeby coś takiego stworzyć. Wydawało się, że tylko obraz może przekazać czym jest koncert, ale okazuje się, że i video nie jest w stanie oddać wszystkiego.

Słuchając waszych utworów, wyłapuje się mnóstwo dźwiękonaśladownictwa. Słychać szum wody, wiatr, otwieranie drzwi itp. Czy komponując utwór, wiecie już jak on będzie się nazywał, czy najpierw powstaje muzyka, a potem tytuł, sugerujący temat?

Szczerze mówiąc w 90 procentach przypadków nazwa przychodzi później, i to w ciężkich bólach. To chyba najtrudniejszy element komponowania – wymyślenie tytułu.

Do lipca jesteście w trasie. Potem robicie sobie jakąś przerwę?

To wychodzi spontanicznie. Mamy ten problem, że zawsze rezerwujemy sobie wczasy w ostatniej chwili, bo do końca nie wiadomo, kiedy coś się może pojawić, a szkoda nam cokolwiek stracić. Jest pomysł na Koreę znowu, może Japonię, Australię. Sporo rzeczy dopiero się kształtuje, musimy więc być czujni, żeby wykorzystać wolny czas. Bo nie jest oczywiście tak, że nie mamy życia prywatnego.

Jest jakiś kraj, miejsce, gdzie chcielibyście pojechać, bo nie byliście albo byliście i chcielibyście wrócić?

Portugalia. Byłem tam jako turysta, ale mamy też pojechać z zespołem, co bardzo nas cieszy, bo tam jeszcze nie graliśmy. Grecja – tam też jeszcze nie byliśmy. Są przymiarki. Z tych, co już byliśmy, to Japonia – tam chcielibyśmy wrócić. Indie. I Nepal. Nie byliśmy też w Stanach Zjednoczonych. To wielkie miejsce, gdzie trzeba byłoby wjechać z większą trasą. Już były plany, ale chcieliśmy jeszcze popracować nad przygotowaniem na najwyższym poziomie, dlatego wstrzymaliśmy się, ale w przyszłości, mam nadzieję, to się uda.

Pan i pański brat występujecie również solo. Gracie wtedy muzykę klasyczną?

Tak. Klasyczną. Dużo muzyki współczesnej też gramy.

Kogo na przykład?

Ojca (śmiech). To jest kalejdoskop. Długi czas graliśmy, zdarza się to nadal, ale dużo rzadziej, w Orkiestrze Muzyki Nowej. Tam każdy tydzień, czy dwa razy w miesiącu był nowy program, z innymi kompozytorami. Zagraliśmy ich… nie wiem, ponad 200. To jest szaleństwo. Za każdym razem zupełnie inny świat. Wiadomo – muzyka współczesna nie zna barier. Są rzeczy bardzo różne. Przyjaźnie brzmiące. I bardzo nieprzyjaźnie. Wymagające pomysłowości. Jest to fascynujące. Granie muzyki współczesnej oddziałuje też na Vołochów, dzięki poszukiwaniu w instrumentach smyczkowych nietypowych brzmień. To właśnie smyczki mają największe możliwości wydobycia barw. Może nie da się zagrać tyle dźwięków na raz, ale pod względem różnorodności kolorów nie ma takiego drugiego instrumentu. To nas fascynuje i tym lubimy się bawić. W muzyce współczesnej i w Vołochach to jest dokładnie to samo.

Pan gra na skrzypcach, brat na wiolonczeli. Dlaczego akurat smyczki?

To pytanie do naszych rodziców. Tato zaczynał na skrzypcach, ale szybko poszedł w kierunku fortepianu. Mama też była pianistką. Wydaje się, że pianista zazdrości trochę skrzypkowi tego, że może dźwięk kształtować, może nim śpiewać. Oczywiście my czego innego zazdrościmy pianistom – choćby tego, że mogą imitować orkiestrę, podczas gdy skrzypce są instrumentem jednogłosowym.

W jakim wieku rozpoczęliście przygodę z instrumentami?

Pięciu-sześciu lat. Ale bez pośpiechu.

A który skrzypek czy wiolonczelista wywarł na was szczególny wpływ?

Każdego dnia to jest kto inny. I to nie tylko wiolonczeliści czy skrzypkowie. I nie tylko w muzyce klasycznej. To muzycy ludowi, jazzmani, rockmani. W każdym tygodniu fascynuje nas ktoś inny. Trudno więc byłoby wskazać jedną osobę, która była tą najważniejszą. To jest kalejdoskop, niosący ze sobą niesłychane bogactwo. Chociaż może ono być trochę niebezpieczne, bo w pewnym momencie można ogłupieć w tym wszystkim. Ale jednak to dobrze, że jest tylu świetnych wykonawców, którzy na różne sposoby mogą nas inspirować.

Przed wami koncert dla dzieci.

Tak. Właściwie to spektakl, w którym jesteśmy tylko pewnym elementem.

Graliście już wcześniej dla dzieci? Czym taki koncert różni się od występu dla dorosłych?

Bardzo lubimy grać dla dzieci. Świetnie reagują na muzykę. Naszym marzeniem jest, żeby grać trochę więcej, może nawet zrobić taką trasę – przejechać Polskę, grając dla dzieci.

Życzymy w takim razie spełnienia marzeń. I udanych tras koncertowych. Oczywiście wypoczynku również. I nowych płyt – i audio, i video.

Bardzo dziękuję.

Dziękujemy.

Z Krzysztofem Lasoniem, członkiem zespołu Vołosi rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego.

Wywiad. Janusz Wawrowski

Z Januszem Wawrowskim, wirtuozem skrzypiec, rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

DSC_6411

MSHM: Na czym polega magia Stradivariusa?

J.W.: Na pewno na niesamowitym wyczuciu formy samego instrumentu, ale i na ogromnej wiedzy. Zresztą Stradivarius współpracował z matematykami i geometrami, opracowując proporcje swoich skrzypiec. Poza tym miał dostęp do doskonałego drewna, jakiego, o ile wiem, dzisiaj nie ma, co wynika przede wszystkim ze zmiany klimatu, który wówczas był dużo chłodniejszy. Mówi się też, że miał własną recepturę na lakier, której nie przekazał swoim następcom. To bardzo skomplikowane i do dzisiaj nie każde skrzypce wychodzą dobrze nawet najlepszym lutnikom, co być może świadczy, że pewną rolę odgrywa szczęście, przypadek.

MSHM: Czy prawdą jest, że skrzypce Stradivariusa wymagają większych umiejętności, że są kapryśne?

J.W.: Niektóre pewnie są kapryśne, ale to zależy od ich stanu. Jeśli mają kilkaset lat, są popękane, wiele razy klejone czy mniej precyzyjnie naprawione – to mają prawo być kapryśne. Ja na szczęście gram na instrumencie, który jest w bardzo dobrym, właściwie w idealnym stanie. Czuć, że to są zdrowe skrzypce – były bardzo mało ograne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Trzeba jeszcze je „otworzyć”. Gram na nich około ośmiu miesięcy; niektórzy mówią, że skrzypce potrzebują od roku do dwóch lat na powrót do formy. Jest to też kwestia moich umiejętności i dostosowania się. Ale rzeczywiście wymagają, powiedziałbym – dużego doświadczenia. Wymuszają bardzo specyficzny kontakt ze struną. Ja porównuję to do intymnego kontaktu z kobietą – trzeba być blisko, ale nie można przesadzić, bo się to zemści.

MSHM: Pamięta Pan swój pierwszy instrument? Skąd w ogóle miłość do skrzypiec? To rodzice Pana nakierowali, czy sam Pan je odkrył?

J.W.: Sam. Moje pierwsze skrzypce to była plastikowa gitara i łuk. Co ciekawe, w języku angielskim „bow” oznacza zarówno łuk, jak i smyczek (wtedy jeszcze nie znałem angielskiego). W wieku pięciu lat chciałem już iść do szkoły, ale rodzice uznali, że to za wcześnie, że odpowiedni wiek to lat siedem. Ostatecznie stanęło na sześciu. Tyle że zapisali mnie na fortepian. Po egzaminie szybko sprostowałem, że to pomyłka, że chcę grać na skrzypcach. Więc od kiedy pamiętam, chciałem grać na skrzypcach.

MSHM: To zapewne geny. Pańscy rodzice byli co prawda lekarzami…

J.W.: Tak. Moja rodzina jest zdecydowanie medyczna – kilkudziesięciu lekarzy, ale rodzice i dziadek ze strony mamy grali na fortepianie. Dziadek był prawdopodobnie bardzo uzdolniony. Zaczął uczyć się jako dorosły człowiek, już był lekarzem, i grał utwory Beethovena, Szopena. Miał w domu fortepian i zawsze marzył, by w rodzinie był jakiś wirtuoz. Być może więc zadziałał tu jakiś rodzaj duchowości czy po prostu geny.

MSHM: Zastanawiał się Pan czy nie pójść w ślady rodziców i zostać lekarzem?

J.W.: Zawsze mnie to interesowało, ale pasja muzyczna była jednak silniejsza.

MSHM: Kilka lat temu wspominał Pan w jednym z wywiadów, że Pańskie dzieci też mają talenty muzyczne, ale córka wolałaby być aktorką. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

J.W.: Zmieniło się tyle, że coraz bardziej chcą być muzykami. Z żoną ani nie zachęcamy ich, ani nie zniechęcamy. Staramy się w miarę obiektywnie pokazać szanse i możliwości, ale nie wskazujemy im brutalnie drogi, jaką mają podążać. Myślę, że właśnie brak przymusu połączony z naszymi sukcesami (żona też śpiewa, koncertuje) spowodował, że tego właśnie zapragnęły. Doceniają, że jest to jednocześnie zawód i pasja.

MSHM: Usłyszeliśmy dzisiaj trzy Kaprysy Paganiniego. Płytę z tymi utworami nagrywał Pan jeszcze na swoich poprzednich skrzypcach. Czy różnice między instrumentami sprawiają dużą trudność?

J.W.: Na pewno jeszcze się przyzwyczajam do instrumentu. Kaprysy Paganiniego są szalenie trudne, jest ich bardzo dużo. Praca nad nimi zajęła mi wiele lat, najpierw z prof. Ławrynowiczem, potem też z profesorem Klessem.  I ciągle łapię się na tym, że nawyki ze starego instrumentu wciąż są. Czasem to milimetry, czasem pół milimetra, ale pamięć ruchowa daje o sobie znać. Generalnie jednak, jak się człowiek nauczy już grać na Stradivariusie, już wie jak wydobyć dźwięk, wszystko staje się prostsze. To jest instrument, który niesamowicie się odzywa, niesamowicie reaguje. Łatwiej gra się na nim czysto, czytelnie.

MSHM: A nie myśli Pan o ponownym wykonaniu, może i nagraniu, wszystkich Kaprysów, już na Stradivariusie?

J.W.: Prędzej czy później pewnie do tego dojdzie, bo są różne propozycje. Parę lat temu już wykonałem znowu wszystkie Kaprysy – w Lusławicach. Sam jestem ciekaw, jak by to było zagrać je na Stradivariusie, a może nawet i nagrać – niektórzy muzycy nagrywali je co najmniej po dwa razy, więc kto wie, może przede mną też taka droga. Ale jeszcze trochę czasu musi minąć, bym się naprawdę dobrze z tym instrumentem poznał, żeby on też rozwinął swoje skrzydła. Wtedy zobaczymy.

MSHM: Jeszcze pytanie: co w ogóle skłoniło Pana do mierzenia się z tak trudnym repertuarem jak Paganini, w dodatku na pierwszej płycie?

J.W.: Oprócz ciekawości zapewne chęć udowodnienia samemu sobie, że jest się w stanie to zrobić. Trochę zainspirował mnie też profesor Tadeusz Wroński, wielki pedagog, z którym nie miałem wiele do czynienia, ale to on właśnie, kiedy posłuchał mnie jak grałem jako 13-14-latek, powiedział: „To jest człowiek, który powinien jak najszybciej spróbować zrobić wszystkie Kaprysy Paganiniego, bo ma takie możliwości”. Więc pierwszy podsunął mi taką ideę.

MSHM: Ma Pan swoich ulubionych kompozytorów, których już Pan grał albo chciałby dopiero zagrać?

J.W.: Nie. Muzyka, bez względu na epokę, może być ciekawa, a ja żyję w o tyle dobrych czasach, że mamy już za sobą kilkaset lat wspaniałych dokonań. Cenię sobie to, że mogę grać i barok, i klasycyzm, i romantyzm, i muzykę współczesną.

MSHM: Mówi się o bardzo dobrym wpływie muzyki na rozwój dziecka. Nie myślał Pan o repertuarze dla takiego odbiorcy?

J.W.: Grywałem, nawet często, koncerty dla dzieci i młodzieży. To jest fantastyczne patrzeć jak reagują. Zdarzało mi się też grywać dla kobiet w ciąży. Myślę, że to rzeczywiście jest niesłychanie ważne i dobrze, że są muzycy, którzy się w tym specjalizują. Dzisiaj dzięki technice i badaniom mózgu ponownie dochodzimy do tego, co wiedziano już w starożytności, że muzyka jest częścią wszechstronnego rozwoju. Nie ma np. żadnej czynności, która, by tak mocno i kompleksowo angażowała nasz mózg, jak gra na fortepianie czy na skrzypcach. Nie jest to więc tylko sztuka, ale coś, co jest dobre dla naszego rozwoju. Dlatego wszyscy powinniśmy w zajęciach muzycznych uczestniczyć, co oczywiście nie znaczy, że wszyscy mają być muzykami, ale mogą być jeszcze lepszymi menadżerami, wynalazcami czy ekonomistami.

MSHM: Opuszczając wyżyny, jaki jest Pański stosunek do muzyki rozrywkowej?

J.W.: Pozytywny – ogólnie mówiąc. Dużo słucham, szczególnie rocka progresywnego, takiej klasyki jak Queen – to akurat jeden z moich ulubionych zespołów. Ale zdarzało się słuchać AC/DC, takich cięższych brzmień. Bardzo lubię jazz. Niektórzy traktują go jako rozrywkę. Podoba mi się muzyka filmowa, i to zarówno symfoniczna, jak i elektroniczna. Hans Zimmer czy John Williams – ciekawie się rozwijają.

MSHM: Poszedłby Pan na współpracę z którymś z filmowych kompozytorów?

J.W.: Jest to dla mnie kuszące, bo byłoby to spełnieniem marzeń – koncert czy fantazja oparta np. na temacie z Gwiezdnych wojen.

MSHM: A Reggae? Podobno miał Pan w tym stylu przygodę w pociągu.

J.W.: (śmiech) Moje Kaprysy Paganiniego (na płycie) pojechały na największy festiwal europejski muzyki reggae. Dwaj goście z długimi dredami, palący nie tylko papierosy, zapewniali, że 24. Kaprys z podarowanej im płyty wmiksują podczas imprezy.

MSHM: Zanim Pan do nas wróci, bo zapraszamy ponownie, gdzie w najbliższym czasie można jeszcze Pana usłyszeć?

J.W.: Koncerty – w Luksemburgu (już był, 10 lutego), w Korei Południowej, w Katowicach, we Wrocławiu, w Stanach Zjednoczonych. Są też plany nagraniowe, naprawdę dużo, dużo projektów.

MSHM: Życzymy więc sukcesów. I dziękujemy za rozmowę.

J.W.: Dziękuję.

Wystawa stała. Puchar z Kleszewa

Szklany pucharek jest co prawda pęknięty, ale zachował się w jednym kawałku, a to w przypadku tak delikatnych naczyń nie zdarza się zbyt często.

Odkryty w zespole grobowym na cmentarzysku w Kleszewie; dziś, w jednej z gablot naszego muzeum, przypomina o intensywnych kontaktach miejscowej społeczności ze światem zewnętrznym w czasach starożytnych.

Żółtozielony puchar ma cylindryczny kształt i grube ścianki ozdobione pasmami szlifowanych zagłębień (wykonanie takiej dekoracji wymagało niemałych umiejętności). Badacze skłaniają się do uznania podobnych naczyń za wyroby rzymskich ośrodków leżących we wschodnich prowincjach Imperium Romanum, ze szczególnym uwzględnieniem pracowni małoazjatyckich i syropalestyńskich. W każdym razie nie ma dowodów, by okoliczni mieszkańcy Barbaricum sami wytwarzali podobne (czy jakiekolwiek inne) przedmioty ze szkła. Najwyraźniej chętnie za to wchodzili w ich posiadanie, głównie w drodze wymiany handlowej. Wyroby szklane były stosunkowo rzadkie i egzotyczne, należały więc do importów luksusowych, podobnie jak naczynia brązowe czy ceramika typu terra sigillata.

Puchar z Kleszewa pochodzi z IV w.n.e. Jest w zbiorach MSHM i stanowi element wystawy stałej, można go więc w każdej chwili zobaczyć (oczywiście w godzinach otwarcia placówki).