Wywiad. Janusz Wawrowski

Z Januszem Wawrowskim, wirtuozem skrzypiec, rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

DSC_6411

MSHM: Na czym polega magia Stradivariusa?

J.W.: Na pewno na niesamowitym wyczuciu formy samego instrumentu, ale i na ogromnej wiedzy. Zresztą Stradivarius współpracował z matematykami i geometrami, opracowując proporcje swoich skrzypiec. Poza tym miał dostęp do doskonałego drewna, jakiego, o ile wiem, dzisiaj nie ma, co wynika przede wszystkim ze zmiany klimatu, który wówczas był dużo chłodniejszy. Mówi się też, że miał własną recepturę na lakier, której nie przekazał swoim następcom. To bardzo skomplikowane i do dzisiaj nie każde skrzypce wychodzą dobrze nawet najlepszym lutnikom, co być może świadczy, że pewną rolę odgrywa szczęście, przypadek.

MSHM: Czy prawdą jest, że skrzypce Stradivariusa wymagają większych umiejętności, że są kapryśne?

J.W.: Niektóre pewnie są kapryśne, ale to zależy od ich stanu. Jeśli mają kilkaset lat, są popękane, wiele razy klejone czy mniej precyzyjnie naprawione – to mają prawo być kapryśne. Ja na szczęście gram na instrumencie, który jest w bardzo dobrym, właściwie w idealnym stanie. Czuć, że to są zdrowe skrzypce – były bardzo mało ograne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Trzeba jeszcze je „otworzyć”. Gram na nich około ośmiu miesięcy; niektórzy mówią, że skrzypce potrzebują od roku do dwóch lat na powrót do formy. Jest to też kwestia moich umiejętności i dostosowania się. Ale rzeczywiście wymagają, powiedziałbym – dużego doświadczenia. Wymuszają bardzo specyficzny kontakt ze struną. Ja porównuję to do intymnego kontaktu z kobietą – trzeba być blisko, ale nie można przesadzić, bo się to zemści.

MSHM: Pamięta Pan swój pierwszy instrument? Skąd w ogóle miłość do skrzypiec? To rodzice Pana nakierowali, czy sam Pan je odkrył?

J.W.: Sam. Moje pierwsze skrzypce to była plastikowa gitara i łuk. Co ciekawe, w języku angielskim „bow” oznacza zarówno łuk, jak i smyczek (wtedy jeszcze nie znałem angielskiego). W wieku pięciu lat chciałem już iść do szkoły, ale rodzice uznali, że to za wcześnie, że odpowiedni wiek to lat siedem. Ostatecznie stanęło na sześciu. Tyle że zapisali mnie na fortepian. Po egzaminie szybko sprostowałem, że to pomyłka, że chcę grać na skrzypcach. Więc od kiedy pamiętam, chciałem grać na skrzypcach.

MSHM: To zapewne geny. Pańscy rodzice byli co prawda lekarzami…

J.W.: Tak. Moja rodzina jest zdecydowanie medyczna – kilkudziesięciu lekarzy, ale rodzice i dziadek ze strony mamy grali na fortepianie. Dziadek był prawdopodobnie bardzo uzdolniony. Zaczął uczyć się jako dorosły człowiek, już był lekarzem, i grał utwory Beethovena, Szopena. Miał w domu fortepian i zawsze marzył, by w rodzinie był jakiś wirtuoz. Być może więc zadziałał tu jakiś rodzaj duchowości czy po prostu geny.

MSHM: Zastanawiał się Pan czy nie pójść w ślady rodziców i zostać lekarzem?

J.W.: Zawsze mnie to interesowało, ale pasja muzyczna była jednak silniejsza.

MSHM: Kilka lat temu wspominał Pan w jednym z wywiadów, że Pańskie dzieci też mają talenty muzyczne, ale córka wolałaby być aktorką. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

J.W.: Zmieniło się tyle, że coraz bardziej chcą być muzykami. Z żoną ani nie zachęcamy ich, ani nie zniechęcamy. Staramy się w miarę obiektywnie pokazać szanse i możliwości, ale nie wskazujemy im brutalnie drogi, jaką mają podążać. Myślę, że właśnie brak przymusu połączony z naszymi sukcesami (żona też śpiewa, koncertuje) spowodował, że tego właśnie zapragnęły. Doceniają, że jest to jednocześnie zawód i pasja.

MSHM: Usłyszeliśmy dzisiaj trzy Kaprysy Paganiniego. Płytę z tymi utworami nagrywał Pan jeszcze na swoich poprzednich skrzypcach. Czy różnice między instrumentami sprawiają dużą trudność?

J.W.: Na pewno jeszcze się przyzwyczajam do instrumentu. Kaprysy Paganiniego są szalenie trudne, jest ich bardzo dużo. Praca nad nimi zajęła mi wiele lat, najpierw z prof. Ławrynowiczem, potem też z profesorem Klessem.  I ciągle łapię się na tym, że nawyki ze starego instrumentu wciąż są. Czasem to milimetry, czasem pół milimetra, ale pamięć ruchowa daje o sobie znać. Generalnie jednak, jak się człowiek nauczy już grać na Stradivariusie, już wie jak wydobyć dźwięk, wszystko staje się prostsze. To jest instrument, który niesamowicie się odzywa, niesamowicie reaguje. Łatwiej gra się na nim czysto, czytelnie.

MSHM: A nie myśli Pan o ponownym wykonaniu, może i nagraniu, wszystkich Kaprysów, już na Stradivariusie?

J.W.: Prędzej czy później pewnie do tego dojdzie, bo są różne propozycje. Parę lat temu już wykonałem znowu wszystkie Kaprysy – w Lusławicach. Sam jestem ciekaw, jak by to było zagrać je na Stradivariusie, a może nawet i nagrać – niektórzy muzycy nagrywali je co najmniej po dwa razy, więc kto wie, może przede mną też taka droga. Ale jeszcze trochę czasu musi minąć, bym się naprawdę dobrze z tym instrumentem poznał, żeby on też rozwinął swoje skrzydła. Wtedy zobaczymy.

MSHM: Jeszcze pytanie: co w ogóle skłoniło Pana do mierzenia się z tak trudnym repertuarem jak Paganini, w dodatku na pierwszej płycie?

J.W.: Oprócz ciekawości zapewne chęć udowodnienia samemu sobie, że jest się w stanie to zrobić. Trochę zainspirował mnie też profesor Tadeusz Wroński, wielki pedagog, z którym nie miałem wiele do czynienia, ale to on właśnie, kiedy posłuchał mnie jak grałem jako 13-14-latek, powiedział: „To jest człowiek, który powinien jak najszybciej spróbować zrobić wszystkie Kaprysy Paganiniego, bo ma takie możliwości”. Więc pierwszy podsunął mi taką ideę.

MSHM: Ma Pan swoich ulubionych kompozytorów, których już Pan grał albo chciałby dopiero zagrać?

J.W.: Nie. Muzyka, bez względu na epokę, może być ciekawa, a ja żyję w o tyle dobrych czasach, że mamy już za sobą kilkaset lat wspaniałych dokonań. Cenię sobie to, że mogę grać i barok, i klasycyzm, i romantyzm, i muzykę współczesną.

MSHM: Mówi się o bardzo dobrym wpływie muzyki na rozwój dziecka. Nie myślał Pan o repertuarze dla takiego odbiorcy?

J.W.: Grywałem, nawet często, koncerty dla dzieci i młodzieży. To jest fantastyczne patrzeć jak reagują. Zdarzało mi się też grywać dla kobiet w ciąży. Myślę, że to rzeczywiście jest niesłychanie ważne i dobrze, że są muzycy, którzy się w tym specjalizują. Dzisiaj dzięki technice i badaniom mózgu ponownie dochodzimy do tego, co wiedziano już w starożytności, że muzyka jest częścią wszechstronnego rozwoju. Nie ma np. żadnej czynności, która, by tak mocno i kompleksowo angażowała nasz mózg, jak gra na fortepianie czy na skrzypcach. Nie jest to więc tylko sztuka, ale coś, co jest dobre dla naszego rozwoju. Dlatego wszyscy powinniśmy w zajęciach muzycznych uczestniczyć, co oczywiście nie znaczy, że wszyscy mają być muzykami, ale mogą być jeszcze lepszymi menadżerami, wynalazcami czy ekonomistami.

MSHM: Opuszczając wyżyny, jaki jest Pański stosunek do muzyki rozrywkowej?

J.W.: Pozytywny – ogólnie mówiąc. Dużo słucham, szczególnie rocka progresywnego, takiej klasyki jak Queen – to akurat jeden z moich ulubionych zespołów. Ale zdarzało się słuchać AC/DC, takich cięższych brzmień. Bardzo lubię jazz. Niektórzy traktują go jako rozrywkę. Podoba mi się muzyka filmowa, i to zarówno symfoniczna, jak i elektroniczna. Hans Zimmer czy John Williams – ciekawie się rozwijają.

MSHM: Poszedłby Pan na współpracę z którymś z filmowych kompozytorów?

J.W.: Jest to dla mnie kuszące, bo byłoby to spełnieniem marzeń – koncert czy fantazja oparta np. na temacie z Gwiezdnych wojen.

MSHM: A Reggae? Podobno miał Pan w tym stylu przygodę w pociągu.

J.W.: (śmiech) Moje Kaprysy Paganiniego (na płycie) pojechały na największy festiwal europejski muzyki reggae. Dwaj goście z długimi dredami, palący nie tylko papierosy, zapewniali, że 24. Kaprys z podarowanej im płyty wmiksują podczas imprezy.

MSHM: Zanim Pan do nas wróci, bo zapraszamy ponownie, gdzie w najbliższym czasie można jeszcze Pana usłyszeć?

J.W.: Koncerty – w Luksemburgu (już był, 10 lutego), w Korei Południowej, w Katowicach, we Wrocławiu, w Stanach Zjednoczonych. Są też plany nagraniowe, naprawdę dużo, dużo projektów.

MSHM: Życzymy więc sukcesów. I dziękujemy za rozmowę.

J.W.: Dziękuję.

2 lutego. Recital Skrzypcowy Janusza Wawrowskiego

Wirtuoz, laureat Fryderyka 2017, jedyny polski muzyk z wieloletnim kontraktem płytowym z Warner Classics, do tego posiadacz XVII-wiecznego Stradivariusa – to wszystko w jednym nazwisku i na jednym koncercie w naszym muzeum.

Artysta występował z większością polskich orkiestr, a za granicą prezentował się m.in. w: Filharmonii Berlińskiej, Konserwatorium im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie, wiedeńskim Musikverein, De Doelen w Rotterdamie, Beethoven-Saal w Stuttgarcie oraz w Litewskiej Filharmonii Narodowej. Występował m.in. pod batutą: Conrada van Alphena, Łukasza Borowicza, Gabriela Chmury, Jacka Kaspszyka, Jerzego Maksymiuka, Mykoly Diadiury, Douglasa Bostocka, Tomáša Netopila, Agnieszki Duczmal, Juozasa Domarkasa, Daniela Raiskina oraz Antoniego Wita.

Oprócz płyt Brillante (2017) i Sequenza (2016) nakładem Warner Classics ukazał się także nominowany do Fryderyków album skrzypka Aurora (2014).

Istotnym polem działalności artysty są interpretacja i badania nad muzyką polską, którą stara się od wielu lat przybliżać publiczności jako pomysłodawca i dyrektor artystyczny międzynarodowych festiwali Muzyka na szczytach (2009–2010)
Muzyczne przestrzenie (od 2011).

Najnowszym projektem muzyka jest założenie orkiestry kameralnej Warsaw Players, którą tworzą utalentowani studenci i absolwenci Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Artysta gra na pierwszych w powojennej Polsce skrzypcach zbudowanych przez włoskiego mistrza lutnictwa Antonio Stradivariusa.

Start: 2 lutego; godz. 19:00.

Bilety w cenie 30 zł do nabycia w muzealnej recepcji.

Zapraszamy!