14 marca. Koncert jazzowy

Prawdziwa uczta dla miłośników jazzu. Trio 4 Chet – z Robertem Majewskim, czołowym polskim trębaczem na czele, któremu towarzyszyć będą Michał Tokaj i Sławomir Kurkiewicz. 

Ten koncert Sezonu 2019/2020 będzie wyjątkowo bezpłatny. Darmowe bilety do pobrania w Muzeum (liczba miejsc ograniczona). Koncert dofinansował Starosta pruszkowski Krzysztof Rymuza.

Zapraszamy 14 marca, godz. 19.00.

Więcej o muzykach Trio 4 Chet oraz o całym Sezonie Koncertowym można przeczytać TUTAJ.

A1_plakat14.03.2020

Tylko jeden dźwięk. Rozmowa z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym

Jakuba Jakowicza i Pawła Wakarecego gościliśmy w Muzeum 7 grudnia. Był to wieczór pod każdym względem udany. Artyści dali świetny koncert, publiczność dopisała (muzycy nie mogli sie nachwalić wyczucia i świadomości), a na koniec udało się nam jeszcze porozmawiać…

Tomasz Kuźmicz: Obaj panowie grają od dziecka, zapewne więc najwcześniejsze doświadczenia muzyczne mogą wam być znane tylko z opowieści. Ale chciałbym zapytać o te, które pamiętacie i które są dla was ważne, które stanowią swego rodzaju prywatną mitologię.

Jakub Jakowicz: Ja myślałem, że The Final Countdown zespołu Europe to najpiękniejszy utwór świata. Miałem wtedy kilka lat i nie znałem jeszcze ani Debussy’ego, ani Mozarta. To śmieszne, bo ja chowałem się w domu muzyków totalnie klasycznych, wręcz…

Paweł Wakarecy: …ortodoksów.

JJ: Tak. Ortodoksów wręcz. A tu telewizja połowy lat 80. To było tuż przed tym, jak zacząłem grać na skrzypcach.

PW: Ja nie mam takich mocniejszych wspomnień, jeśli chodzi o muzykę rozrywkową, aczkolwiek chłonąłem na pewno popkulturę wczesnych lat 90. – reklamy, programy dla dzieci… Mimo wszystko prosiłem zawsze mojego tatę, żeby puszczał mi na gramofonie preludia Rachmaninowa. Rodzice starali się też zabierać mnie na koncerty muzyki klasycznej. Zresztą mój stryj był wieloletnim dyrektorem Toruńskiej Orkiestry Kameralnej, później Symfonicznej – stąd miałem wejście na balkon vipowski i naprawdę wiele jako 6-10-letni chłopak mogłem chłonąć, co współgrało z moją fascynacją fortepianem.

TK: Zawsze był to właśnie fortepian? Nie było innych fascynacji?    

PW: Nie. U nas w domu stało pianino, więc siłą rzeczy wraz z umiejętnością chodzenia, mówienia i czytania pojawiła się umiejętność gry na instrumencie.

TK: Ze skrzypcami było podobnie?

JJ: Tak. Pochodzę z rodziny skrzypków – ojciec, mama, siostra…

TK: I nie pojawił się bunt? Skoro wszyscy skrzypce, to ja… będę grał na perkusji!

JJ: W zasadzie nie. Trąbkę bardzo lubiłem… ale szybko się okazało, że dobrze gram na skrzypcach. Czasami, żeby zachęcić dziecko do ćwiczenia, przekonuje się je, że jest w tym coś niezwykłego. A ja byłem takim właśnie dzieckiem – uważałem, że to jest wyjątkowe, inne od innych, super. W ogóle w moim domu skrzypce były takim fetyszem…

TK: Aż czterech skrzypków. A jak u pana wyglądała… sytuacja rodzinna?

PW: Bardzo intrygująca. Mój ojciec zawsze był muzykalny i grał na wielu instrumentach, ale jako samouk. Nie miał za sobą profesjonalnej edukacji muzycznej. Z kolei mama – przeciwnie. Nigdy nie miała ucha muzycznego, ale, paradoksalnie, była długoletnią dyrektorką Szkoły Muzycznej, a z wykształcenia – chemikiem. Tak się złożyło, że również mój brat obok ścisłego umysłu ma wszelkie symptomy amuzji, braku ucha muzycznego, swoją drogą to fascynujące właśnie z genetycznego punktu widzenia…

TK: Rodzice ukierunkowywali, „popychali” pana do grania, czy pasja przyszła niezależnie od zainteresowań ojca?

PW: Nigdy, na żadnym etapie rozwoju muzyczno-pianistycznego, nie czułem się do czegokolwiek popychany. Zachęcany – na pewno. Ale nigdy nie było to częścią metody wychowawczej, wiążącej się z czymś niekomfortowym. Oczywiście nie zawsze rwałem się do grania, do ćwiczenia. Wręcz przeciwnie – unikałem tego i kiedy tylko można było, wybiegałem na boisko czy robiłem wszystko inne, byle tylko nie ćwiczyć. Zamiłowanie do muzyki okazało się jednak na tyle silne, że to minimum ćwiczeń niezbędnych do osiągnięcia pewnego poziomu musiałem przejść.

TK: Zaczęliśmy od muzyki popowej i chciałbym do niej na chwilę jeszcze wrócić. Jaki mają panowie do niej stosunek? Czy może w jakiś sposób inspirować? Czy w ogóle słuchacie takiej muzyki dzisiaj?

PW: Na pewno ją słyszymy i nie wiemy, jaki ma wpływ na podświadomość, na naszą wrażliwość. Natomiast, jeśli mówimy o tej muzyce bardzo strawnej, łatwo ją wyprzeć. Jeśli ma się odrobinę woli i włoży się w to trochę wysiłku – można przestać ją słyszeć. Ja przynajmniej staram się nie zwracać uwagi; nie analizuję muzyki, która zewsząd mnie atakuje.

 TK: Jeśli można jej nie słyszeć, to przynajmniej nie drażni.

PW: Mnie czasami drażni z różnych powodów, jak w PKS-ie puszczają radio – reklamy i jakieś obrzydliwe rzeczy, i muzykę, której nie zamawiałem.

JJ: Mnie drażni to, że cały czas leci to samo. Jest masa niesamowitej muzyki, którą można by puszczać, a ludzie nie mają pojęcia o jej istnieniu.

TK: Mam wrażenie, że mimo że rozmaite treści (nie tylko muzyka) są dostępne, a my coraz sprawniej obsługujemy urządzenia i aplikacje, to wciąż mamy problem z wyszukiwaniem i selekcją.

JJ: To jest problem dzisiejszych czasów – nadmiar. Dlatego dobrze byłoby uczyć, np. w szkole, racjonalnej obsługi i podążania innymi ścieżkami niż prowadzą nas algorytmy, bo wydaje się nam, że w Internecie panuje wolność, a tak naprawdę jesteśmy prowadzeni za rękę. Jest tyle wspaniałej muzyki, nawet popu, choćby mainstreamowego, którego za bardzo nie słucham – ale to jest dużo wartościowsze od tych odgrzewanych kawałków, bazujących na powiedzeniu, że lubię muzykę, którą znam. I to jest przekleństwo, bo ludzie nie mają okazji rozwijać kanału audio. W kółko puszcza się to samo, niektóre utwory nawet lubię, ale nie chcę już ich słyszeć. Czuję, że po prostu szkoda mi czasu. Chciałbym poznać coś nowego. Wciąż odkrywam jakieś rockowe kapele, które podrzucają mi moi przyjaciele interesujący się rockiem. Oczywiście całej masy ciekawych rzeczy nigdy nie poznam, bo chcę i muszę poświęcać czas na klasykę, a bywa, że ma się już dość… lepiej wyjść do lasu i pospacerować w ciszy czy poczytać…

TK: W wywiadach obaj panowie wspominali o poczuciu dyskomfortu, gdy muszą polegać tylko na słowach. (Do Pawła Wakarecego) Przypominam sobie pański radiowy wywiad, podczas którego ktoś z widowni pochwalił pana elokwencję i zasugerował, że mógłby pan prowadzić własną audycję, na co pan odpowiedział, że to tylko tak wygląda, że czuje się pan doskonale, tymczasem koszt emocjonalny jest niezwykle duży.

PW: Tak. Mam świadomość bycia nie do końca kompetentnym w obsłudze języka mówionego. W porównaniu z językiem muzyki język semantyczny jest niesłychanie ograniczony, jeśli chodzi o sposób opisywania bardzo skomplikowanych i poniekąd pierwotnych stanów wyobraźni i stanów emocjonalnych. Oczywiście są to dwie różne materie. Język muzyki nie jest zrozumiały dla każdego w ten sam sposób i w zależności od odbiorcy może poruszać inne struny, nie przekazuje precyzyjnych informacji. I kiedy poświęcamy mu całe życie, ucząc się wynajdywać te emocjonalno-wyobrażeniowe przekaźniki – gdy przyjdzie wypełnić podobne zadanie przy użyciu słów, to człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo jest niedoskonały. Aczkolwiek przy pracy nad wysławianiem się i ogarnianiem swoich myśli dużo daje pedagogika.

TK: (Do Jakuba Jakowicza) Podpisuje się pan?…

JJ: O, tak. Paweł wyczerpał temat. Mówi, że nie umie mówić, a powiedział to naprawdę bardzo pięknie.

PW: Oczywiście jest wielu muzyków, którzy wspaniale prowadzą audycje radiowe i świetnie realizują się w szermierce słownej. To nie jest reguła, że jak się poświęca życie muzyce, to nie umie się mówić. Każdy jest inny.

TK: Ale chyba dosyć często muzycy zostają pedagogami.

PW: Tak, ale to już studentów należałoby zapytać, jak jest z komunikacją.

JJ: Ja w tym kontekście myślę o dyrygentach. Można to zaobserwować, kiedy tą samą orkiestrą dyryguje student, a po nim wchodzi jakiś stary wyga. I nic nie mówi. Tylko pokazuje. A jaka jest różnica – muzyka płynie. To są właśnie rzeczy, których nie da się wysłowić…

PW: gdyby przyszło do analizy, dlaczego tak się dzieje, to znaleźlibyśmy jakieś racjonalne wyjaśnienie. Wszystko jest wytłumaczalne, tylko czasem po co tłumaczyć, można zachować tę szczyptę magii.

JJ: Zwłaszcza, że ten jeden gest albo jeden dźwięk, który gramy – jest kwestią 30-letniego treningu. Wydaje się, że to niesłychanie proste, banalne, ale składa się na to wiele czynników. To jest magia.

PW: Teoretycznie jest nieskończona ilość możliwości, by wykonać jeden dźwięk. Już to podpowiada, jak trudna jest sztuka interpretacji – jak to zrobić świadomie, by nie było w tym losowości? Czy w ogóle można to wszystko wymierzyć? No, właśnie – nie. Ale jesteśmy w stanie nad tą nieskończonością zapanować za pośrednictwem sterowania wyobraźnią i emocjami, które w nasze jestestwo są wdrukowane dużo głębiej niż racjonalizm i analityczne podejście.

TK: Zastanowiła mnie podczas dzisiejszego koncertu pauza (pojawiła się kilkukrotnie i była zauważalnie długa). Czy powinna ona być zawsze taka sama, czy przeciwnie, jest za każdym razem inna, a jeśli tak, to od czego to zależy?

PW: Nigdy nie jest taka sama. Jest wiele rzeczy, które robimy na estradzie pod wpływem chwili, wiele decyzji podejmujemy w ułamku sekundy, czasem jest to jakieś ryzyko. Tak jak aktor, który coś deklamuje – ma do dyspozycji pauzę. I kiedy czuje, co wynika z obserwacji lub docierających do niego bodźców, że publiczność jest niezwykle podatna na pewne efekty, wtedy je wykorzystuje. Jest to trik wykonawczy, który może podnieść emocje na wyższy poziom. I chyba nam też zdarza się tak robić. To są rzeczy, których nie ćwiczymy na próbach, nie omawiamy – rozumiemy to bez słów.

JJ: Poza tym jest różnica, gdzie się gra. Np. dzisiaj, gdybym nie był doświadczony, pomyślałbym, że nie umiem grać. To, co ćwiczyliśmy wcześniej, bo mieliśmy próby w tym tygodniu – to nagle przestało działać, bo zupełnie inaczej słyszę, dźwięk jest dłuższy. Ten element może zaskoczyć i onieśmielić, bo tu akustyka jest taka jak w kościele. Z czasem jednak człowiek się uczy podejmować z zastaną rzeczywistością jakąś grę. To, co przygotowaliśmy, dopiero tutaj nabiera realnego kształtu. Jak drużyna piłkarska – ćwiczy, trenuje, ale dopiero na meczu się okazuje, co piłkarze są w stanie zrobić. To jest właśnie fascynujące. Te utwory grano już tysiące razy, ale zawsze jakby od nowa.

TK: Schodząc już ze szczytów na ziemię, zapytam o świat pozamuzyczny, bo zapewne nie tylko muzyka wypełnia wam życie: jakie mają panowie inne pasje – sport, zbieranie znaczków?

JJ: Dobrze pan trafił, bo jesteśmy muzykami, którzy mają sporo zainteresowań pozamuzycznych. Co prawda nie biegam, ale dużo było biegania w moim życiu; książki… w góry lubię jeździć (nawet w Himalajach byłem), a przedwczoraj graliśmy sobie w piłkę. Trudny mecz. Paweł gra często, ja trochę rzadziej, więc było to spore wyzwanie. Poza tym jestem mężem… co prawda Paweł też jest mężem, ale ja mam dwójkę dzieci i głównie właśnie dziećmi teraz się zajmuję.

PW: Ja różnymi rzeczami się parałem w życiu. Innymi niż mainstream muzyczno-zawodowy. Od dziecka – piłka, teraz też – dwa razy w tygodniu staram się grać. Od jakiegoś czasu mocno wniknąłem w temat kawy. Do tego stopnia, że w piwnicy zrobiłem palarnię.

JJ: Paweł jest znany z tego w kręgach muzycznych.

PW: Tak. Z tego, że prowadzę podziemną dystrybucję ziaren… z różnych stron świata.

TK: Kupuje pan niepaloną?…

PW: Tak, kupuję niepaloną kawę z różnych miejsc, klasy Specialty, która uwypukla szczególne właściwości kaw z określonych krajów. To fascynujący świat, bardzo urozmaicony pod względem doznań, doświadczeń, metod spożycia, parzenia…

TK: A jaki jest pana ulubiony sposób parzenia? 

PW: Metody przelewowe albo zalanie grubo zmielonej kawy. To mówi prawdę o ziarnie, bo jak mamy ekspres, dochodzi ciśnienie i kilka innych zmiennych, wtedy różne składowe aromatów są sztucznie podbijane lub ukrywane.

TK: Obiecałem, że nie zajmę panom dużo czasu, spytam więc jeszcze tylko o plany na najbliższą przyszłość?

JJ: Styczeń będzie trochę luźniejszy. W marcu gram koncert Beethovena – świętujemy urodziny kompozytora. Zapraszam, bo to ważny punkt programu muzycznego. Z Pawłem coś mało gramy, musimy nad tym popracować…

PW: …Właśnie… Na razie przyszłoroczny kalendarz zapełnia mi się powoli (wywiad przeprowadzony w grudniu – przyp. aut.), zwykle w ostatniej chwili odbieram telefony. Ale czeka nas kilka ciekawych projektów. Niedawno wraz z szóstką młodych pianistów uruchomiliśmy w Bydgoszczy Katedrę Fortepianu – Six Pianos. Planujemy kilka koncertów. Poza tym 2020 to Rok Beethovenowski, więc i u mnie zapowiada się parę wydarzeń z tym związanych.

Z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

Fot.: Pawła Wakarecego – źródło – Profil FB artysty; Jakuba Jakowicza – źródło: Tetrt Wielki, aut. M. Mulawa.

22 lutego. Koncert Katarzyny Dudy

Podczas kolejnego spotkania w ramach Sezonu Koncertowego 2019-2020 usłyszymy jedną z najwybitniejszych osobowości artystycznych w Polsce – skrzypaczkę Katarzynę Dudę, której towarzyszyć będzie Kameralna N-Harmonia.

Artystka wystąpiła z recitalami i koncertami w tak prestiżowych salach, jak: Lincoln Center i Carnegie Hall w Nowym Jorku, Concertgebouw w Amsterdamie, Filharmonia Narodowa w Warszawie, Kawai Omotesandō Hall w Tokio czy Sala Rossiniego w Padwie. Studiowała w mistrzowskiej klasie skrzypcowej Maestro Tibora Vargi w Ecole Superieure de Musique w Sion w Szwajcarii oraz pod opieką artystyczną Jana Staniendy w Akademii Muzycznej w Warszawie. Artystka jest laureatką Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego Tibora Vargi w Sion w Szwajcarii, a także laureatką Międzynarodowego Konkursu na Skrzypce Solo Tadeusza Wrońskiego w Warszawie. Była nominowana do nagród Paszport Polityki oraz Fryderyk. Nagrała pięć płyt z repertuarem solowym i kameralnym. Gra na włoskim instrumencie z początku XIX w.

Kameralna N-Harmonia – zespół powstał z inicjatywy młodych muzyków, których aspiracją jest dołączenie do grona uznanych zespołów prezentujących muzykę na wysokim poziomie wykonawczym. Elementem spajającym grupę jest chęć dzielenia się radością, jaką przynosi wspólne tworzenie. Artyści swoimi działaniami udowadniają, że muzyka klasyczna czy tzw. kultura wysoka nie są zarezerwowane wyłącznie dla koneserów. Z koncertami docierają do wszystkich grup słuchaczy, stale poszerzając grono swoich sympatyków. W założeniach zespół pragnie brać czynny udział w edukacji kulturalnej, co jest szczególnie widoczne w działalności koncertowej, której adresatem jest niezwykle wymagająca – najmłodsza publiczność. Od dwóch lat Kameralna N-Harmonia występuje regularnie w rożnych miastach Polski. W swoim dorobku ma m.in. wykonanie Stabat Mater Pergolesiego z Warszawskim Chorem Międzyuczelnianym i solistami Filharmonii Narodowej. Orkiestra występuje także na festiwalach, np. Muzyka Nowa i Architektura w Toruniu czy też Strefa Ciszy w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Koncert – 22 lutego, godz. 19.00. Bilety w cenie 30 zł – do nabycia w Muzeum.

Zapraszamy!

Informacje o całym Sezonie Koncertowym znajdziesz TUTAJ.

A3_Katarzyna Duda_POPRAWKA

18 stycznia. Kaprysy Zaspokojone

Monodram Muzyczny Magdaleny Warzechy, niezwykle utalentowanej i cenionej aktorki Teatru Narodowego.

Forma dzieła nawiązuje do najszlachetniejszych wzorów spektakli literacko-kabaretowych. Kaprysy ujmują lekkością, wdziękiem, poczuciem humoru i brawurą. Zbudowane są na kontraście, zaskoczeniu oraz różnorodności stylistycznej i interpretacyjnej. Zachwycają także brzmieniem muzyki. Bohaterką spektaklu jest kobieta, a może nawet są to wszystkie kobiety świata ze wszystkimi ich kaprysami.

Artystce towarzyszyć będą wspaniali muzycy:

Konrad Wantrych – fortepian

Sergij Ohrimchuk – skrzypce

Michał Jaros – kontrabas

Robert Murakowski – trąbka

Zapraszamy 18 stycznia o godz. 19.00.

Bilety do nabycia w Muzeum – 30 zł.

Magdalena Warzecha – od ponad 20 lat jest aktorką Teatru Narodowego w Warszawie. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt ról zagranych w tym i innych teatrach. Współpracowała z czołowymi reżyserami filmowymi i teatralnymi, m.in. z: Janem Englertem, Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Zanussim, Kazimierzem Kutzem, Izabellą Cywińską, Januszem Morgensternem, Jerzym Grzegorzewskim, Januszem Opryńskim czy Agnieszką Glińską. Zagrała w produkcjach filmowych: Wielki Tydzień, Boża podszewka, Ogniem i mieczem, Zawrócony, Spona, teatrach telewizji oraz znanych i lubianych serialach: Na dobre i na złe, Siostry, Ojciec Mateusz, Złotopolscy. Jest prezesem Stowarzyszenia Słowodaje Teatr, pedagogiem, scenarzystą oraz reżyserem indywidualnych projektów teatralnych i muzycznych: Zielone wianki, Ukrainność, Halo, kabaret i niezliczonej liczby wieczorów poetyckich. W 2015 r. została odznaczona orderem Zasłużony dla Kultury Polskiej.

18.01.2020

Koncerty dla dzieci

Jak znaleźć drzwi do świata wyobraźni, tradycji i dobrego humoru? Wystarczy odwiedzić nasze Muzeum i wziąć udział w muzycznej „podróży” z artystami z zespołu Mozaika. Pierwszy koncert odbędzie się już 22 września.

Każdy z czterech zaplanowanych koncertów zabierze nas w zupełnie inne muzyczne rejony i tradycje – odmienne zarówno geograficznie, jak instrumentalnie czy tematycznie.

KALENDARZ:

22 września, godz. 11.00

MOZAIKA_Świat_Sztuki_Afryka_1

Poznamy wybrane elementy kultury afrykańskiej – tradycyjnymi opowieściami podzieli się z nami Ksenia Starzyńska, opowiadaczka historii z różnych stron świata.

Gościem specjalnym programu będzie perkusista, miłośnik afrykańskich brzmień oraz instrumentów – usłyszymy m.in. djembe, balafon i jabarę.

Spotkanie będzie okazją nie tylko do wysłuchania opowieści, ale też do ich współtworzenia, z czym poradzimy sobie o tyle łatwo, że scenografia z gwinejskich tkanin przeniesie nas wprost na kontynent afrykański.

6 października, godz. 11.00

MOZAIKA_Świat_Sztuki_2017-18_MammaMia_8

Muzyczne tradycje Apulii poznaliśmy dzięki osobistym kontaktom z tamtejszymi muzykami.

Znacie przepis na muzyczną pizzę? Mamma Mia! Jest wyśmienity! Podstawa to dobrze wypieczone ciasto, najlepiej z przepysznej włoskiej pizzici! Następnie sos – niekoniecznie pomidorowy. I dodatki – koniecznie dodatki! Porywające instrumenty, charyzmatyczny śpiew i spora szczypta włoskich muzycznych smaków. Gotowe! Buon appetito!

15 grudnia, godz. 11.00

Mozaika-Kole╠Ędnicy-2019-min-2240

Kusoki, baciary, siwki, lofry, pucheroki – kolędnicy! Zgodnie z polskim zwyczajem kolędowania, zawitamy do Was z korowodem rozmaitych postaci.

Dzieci zobaczą przebrania kolędnicze z różnych zakątków Polski i odkryją mało znane zwyczaje, takie jak choćby szczodrowanie.

26 stycznia, godz. 11.00

MOZAIKA_Świat_Sztuki_2017-18_Kabaret_19

Proszę Państwa, oto nasz gość specjalny! Jaśnie Pan Śmiech! Zawsze wprawia nas w dobry nastrój, a w myśl pewnego przysłowia przynosi też wiele zdrowia. Uwaga – pojawi się w różnych odsłonach – monolog, skecz, piosenka, gag, pantomima – to tylko niektóre z jego ulubionych kreacji! Aktorzy scen teatralnych i muzycznych, w tym również kabaretowych, zapraszają nas do świata tych sztuk, w których często gości Pan Śmiech, pozostawiając widzów pełnych radosnego uniesienia!

Wstęp wolny. Zapraszamy!

muzeum+miato logo prostokąt

7 grudnia. Wieczór z muzyką klasyczną

Po jazzowym listopadzie – czas na odrobinę klasyki. W grudniu, w ramach trzeciego koncertu Sezonu 2019/2020, na scenie w oranżerii Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie zagrają Jakub Jakowicz (skrzypce) i Paweł Wakarecy (fortepian).

Muzycy wykonają utwory Lutosławskiego, Debussy’ego, Mendelssohna i Chaussona.

Koncert rozpocznie się o godz. 19.00. Bilety w cenie 30 zł – do nabycia w Muzeum.

Zapraszamy!

Więcej o muzykach (i o całym Sezonie Koncertowy) TUTAJ.

Letnia muzyka dla smyka – koncert dla dzieci

31 sierpnia w ramach Lata w mieście odbędzie się w naszym Muzeum drugi w tym roku koncert (tzw. gordonowski) dla rodzin z małymi dziećmi.

Czym jest koncert gordonowski?

To integracyjne wydarzenie rodzinne, prowadzone w luźnej, choć kontrolowanej przez instruktorów, atmosferze. Zarówno mała, jak i duża publiczność rozsiada się na leżących na podłodze dywanach i poduszkach.  Najmłodszych uczestników opiekunowie trzymają na rękach lub wygodnie kładą obok siebie, z kolei starsze dzieci nie muszą kurczowo trzymać się swoich miejsc, mogą swobodnie kołysać się w rytm muzyki lub tańczyć.

Koncerty gordonowskie dedykowane są dzieciom od urodzenia do piątego roku życia. Ich program inspirowany jest założeniami Teorii Uczenia się Muzyki E.E. Gordona, która pozwala na skuteczne umuzykalnianie najmłodszych uczestników.

Instruktorzy wraz z publicznością śpiewają, harmonizują, rytmizują i wspólnie słuchają muzyki, pozwalając sobie na rozmaite kontrasty i muzyczną różnorodność – od klasyki i jazzu poprzez muzykę etniczną i rozrywkową po tradycyjną czy improwizowaną.

W Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego koncert taki odbędzie się 31 sierpnia o godz. 11.00 w oranżerii.

Uwaga! Koncert jest darmowy, ale ze względu na bezpieczeństwo najmłodszych uczestników, liczba miejsc jest ograniczona i obowiązują ZAPISY. Dostępną poniżej kartę uczestnictwa należy pobrać, wypełnić i dostarczyć do Muzeum osobiście lub mailem: t.kuzmicz@archiwalnawww.mshm.pl. Kartę można też otrzymać w naszej recepcji. Zapisy trwają od 10 czerwca. Zapraszamy!

Pierwszy koncert gordonowski odbył się 6 lipca, wystąpili wówczas:

  • Piotr Bułas – banjo, dulcimer;
  • Paweł Szymiczek – dudy, flety, gitara;
  • Marcin Żebrowski – mandolina, gitara, perkusjonalia;
  • Aleksandra Tkaczyk i Katarzyna Płocińska – zabawy melodią i rytmem.

Regulamin i karta uczestnictwa do pobrania poniżej:

REGULAMIN KONCERTÓW 

Karta-uczestnika-koncertu

A11

koncert dla dzieci 6.07

muzeum+miato logo prostokąt

Wywiad. Śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach

adam-strug-4_fotJacekPoremba

MSHM: Śpiewanie pieśni tradycyjnych to ścieżka, na której nie jest zbyt tłoczno. Jak Pan na nią wszedł – zdecydowało pochodzenie czy też była to decyzja podyktowana olśnieniem na pewnym etapie muzycznego rozwoju?

Adam Strug: Niewątpliwie jest to kwestia środowiska, z którego się wywodzę, które mnie ukształtowało. Między drugim a 15 rokiem życia mieszkałem w Łomżyńskiem, gdzie ton nadawała starszyzna urodzona pod koniec XIX wieku, a na pewno przed I wojną światową. Byli to ludzie zaawansowani wiekiem, ale jeszcze na tyle silni, by praktykować starą muzykę w formule, jaka była przekazywana nieprzerwanie w tradycji ustnej. Było to na tyle mocne doświadczenie, że gdy w latach 80. moi koledzy zakładali swoje pierwsze zespoły rockowe, ja nigdy się do takiej grupy nie przyłączyłem, a śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach. I to muzycznie różniło mnie od rówieśników. Jednocześnie można też mówić o czymś w rodzaju olśnienia. W tym sensie, że jest to muzyka, która, gdy człowieka dotknie, nic innego już mu nie smakuje. Byłem wielokrotnie świadkiem takich muzycznych nawróceń czy też olśnień właśnie. Przypomina to stany religijne. Muzyka jest potężnym medium i jeżeli wykorzystywana jest ku dobremu, może przynieść pożądane efekty. I odwrotnie – zła muzyka może wyrządzić wiele szkód. Jest takie zdanie u Platona „gdy upada muzyka, upada i państwo”. Myślałem kiedyś, że to jest przesada. Dziś tak nie myślę. Uważam, że muzyka jest miarą kulturowej żywotności społeczności, która ją praktykuje.

Podkreśla Pan, że jest śpiewakiem a nie piosenkarzem. Jaka jest różnica?

Różnica między piosenkarzem a śpiewakiem jest taka, że piosenkarz śpiewa to, co mu dadzą do ładnego zaśpiewania. Często działa w jakimś tandemie albo w trio – jest kompozytor, tekściarz i w końcu piosenkarz. Rzadko się zdarza, by w takiej grupie zrodziło się coś naprawdę scalonego. W związku z tym piosenkarz ma, że użyję slangu – przerąbane. Śpiewak jest w innej sytuacji. Śpiewa rzeczy przekazywane w tradycji ustnej, czyli opowiada od wieków tę samą historię – o miłości, o śmierci, o rozczarowaniu. I jeżeli dodaje coś od siebie, to mimowolnie. Śpiewając zawsze mówimy o sobie. Nasze doświadczenia życiowe, wewnętrzne, intelektualne przez śpiew prześwitują.

Jest więc Pan śpiewakiem, ale też kompozytorem i autorem tekstów. Czy pieśni tradycyjne mają wpływ na Pańską twórczość?

To w czym wzrastamy, czym muzycznie żyliśmy przez lata, przekłada się na typ kompozycji, którą uprawiamy, tyle że nie dzieje się to wprost. W moim przypadku niewątpliwie ma wpływ tradycyjna muzyka polska. Ale nie tylko polska, bo słucham też nałogowo muzyki bliskowschodniej. Zresztą widzę tu pewne zależności między muzyką polską a tą z Bliskiego Wschodu. Jest też tak, że gdybym był Irlandczykiem, Węgrem czy Rumunem, mógłbym żyć wyłącznie z muzyki tradycyjnej. W Polsce nadal muzyka tradycyjna nie cieszy się należnym jej uznaniem, z żalem stwierdzam, że nawet w środowiskach muzycznych. Chociaż to się powoli zmienia. 30 lat temu było zdecydowanie gorzej. Dzisiaj nie musimy już przynajmniej tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądami. W każdym razie dopiero to połączenie, gdy mam dwa skrzydła – muzykę tradycyjną i autorską… ziarnko do ziarnka i zbiera się miarka, o którą chodzi. Nie oszukujmy się – to jest mój zawód, muszę być pragmatyczny.

Jest Pan przeciwnikiem współczesnych adaptacji muzyki tradycyjnej. Dlaczego?

Powód jest bardzo prosty. Większość, może nawet 99 procent adaptacji jest chybiona. Gdyby adaptatorzy zapoznali się wnikliwie z muzyką tradycyjną, nie powstawałyby ich adaptacje.

W innych krajach muzyka tradycyjna ma się lepiej niż w Polsce?

Jesteśmy rekordzistami, jeśli chodzi o apostazję kulturową, w tym muzyczną. Proszę spojrzeć na radiofonię krajów ościennych, czy w ogóle europejskich – wszędzie jest muzyka tradycyjna. U nas wygląda to tak, jakby nam zależało, by tantiemy płynęły za ocean. To jest nonsens. Horror kulturowy. Ale też brak wyczucia biznesowego. My nie stawiamy akcentu na własną kulturę, tylko nieustannie małpujemy. To stary proces, opisany już przez wieszcza: „Co Francuz wymyśli, to Polak polubi”. Dziś możemy trawestować: „Co Amerykanin polubi…”.

Zdaje się, że u nas muzyka tradycyjna często odbierana jest jako obciach.

O, tak. To typowo polski antagonizm między dworem a siołem, gdzie to, co wiejskie, uznaje się za upośledzone.

Od kilku lat regularnie pojawiają się Pańskie płyty, jak nie autorskie, to z muzyką tradycyjną. Czego możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

W tym roku najprawdopodobniej ukaże się płyta z polifonią średniowieczną, ale szczegółów na razie nie zdradzę. Jeśli się ukaże, to pod koniec roku, powiedzmy na Gwiazdkę. A autorska płyta najprawdopodobniej w roku przyszłym.

A wznowienia wcześniejszych wydawnictw? Po rozmowach z publicznością wygląda na to, że bardzo by się przydały. Pańskie płyty znikają szybko i nie można ich dostać.

Jest dosyć prawdopodobne, że będzie wznowienie „Adieu”, czyli pierwszej mojej płyty sprzed lat siedmiu. A może należałoby się zastanowić nad wznowieniem wszystkiego…

Tego życzymy. Panu i słuchaczom. Dziękujemy za rozmowę.

Dziękuję.

Z Adamem Strugiem rozmawiali Anna Lesiak-Ostrowska i Tomasz Kuźmicz z MSHM