Przyjdź. Pospaceruj. Posłuchaj

W każdą niedzielę (od 7 czerwca do 26 lipca) muzealny ogród wypełniać będą dźwięki granych na żywo utworów Fryderyka Chopina.

01/02/2020 Warszawa Ogolnopolski Konkurs Pianistyczny im Fryderyka Chopina I etap przesluchan n/z Julia Lozowska photo by Wojciech Grzedzinski mob 0048602358885 wojciech.grzedzinski@gmail.com wojciechgrzedzinski.com

Po długiej przerwie wracamy do koncertów. Oczywiście – w formule, która jest możliwa podczas epidemii, czyli z zachowaniem obowiązujących obecnie zasad bezpieczeństwa (maseczki, zachowanie dystansu).

Nie możemy usiąść razem w oranżerii i dzielić się muzyczną energią? Możemy za to niedzielny spacer urozmaicić wizytą w muzealnym ogrodzie, gdzie spacerując będzie można posłuchać grających artystów.

Spotkania w każdą niedzielę od 7 czerwca do 26 lipca o godz. 16.00.

ZAPRASZAMY

Wystąpią:

07.06. Julia Łozowska

14.06. Tomasz Lupa

21.06. Maciej Wota

28.06. Aleksandra Czerniecka

05.07. Maria Gabryś

12.07. Paweł Popko

19.07. Marta Plasota

26.07. Juliusz Goniarski

Fot. Julia Łozowska, autor: Wojciech Grzędziński

promenadyChopinowskie_internet

14 marca. Koncert jazzowy

Prawdziwa uczta dla miłośników jazzu. Trio 4 Chet – z Robertem Majewskim, czołowym polskim trębaczem na czele, któremu towarzyszyć będą Michał Tokaj i Sławomir Kurkiewicz. 

Ten koncert Sezonu 2019/2020 będzie wyjątkowo bezpłatny. Darmowe bilety do pobrania w Muzeum (liczba miejsc ograniczona). Koncert dofinansował Starosta pruszkowski Krzysztof Rymuza.

Zapraszamy 14 marca, godz. 19.00.

Więcej o muzykach Trio 4 Chet oraz o całym Sezonie Koncertowym można przeczytać TUTAJ.

A1_plakat14.03.2020

15 marca. Koncert dla dzieci – Spotkanie Wielkiej Drogi

Podczas kolejnego spotkania z zespołem Mozaika zapoznamy się z kulturą Romów, którzy „od zawsze” byli wędrowcami. W podróżach zbierali obrazy, pieśni i opowieści. Zawędrowali też do Polski i mieszkają tutaj już od 600 lat.

Poznamy obyczaje tego wędrującego narodu, nauczymy się ważnych słów w języku romskim, zatańczymy do żywej muzyki, a przede wszystkim poznamy urzekające romskie opowieści. To wszystko za sprawą wyjątkowego gościa – Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To dla nas zaszczyt, że będziemy gościć w Świecie Sztuki tak znamienitą opowiadaczkę i muzykantkę, która, wędrując po festiwalach, warsztatach i koncertach, podzieli się z Wami sztuką opowiadania oraz pięknem kultury romskiej.

Koncert odbędzie się 15 marca o godz. 11.00. Wstęp wolny.

Zapraszamy!

Więcej o koncertach można przeczytać TUTAJ.

Fot.: Marianna Łakomy

Tylko jeden dźwięk. Rozmowa z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym

Jakuba Jakowicza i Pawła Wakarecego gościliśmy w Muzeum 7 grudnia. Był to wieczór pod każdym względem udany. Artyści dali świetny koncert, publiczność dopisała (muzycy nie mogli sie nachwalić wyczucia i świadomości), a na koniec udało się nam jeszcze porozmawiać…

Tomasz Kuźmicz: Obaj panowie grają od dziecka, zapewne więc najwcześniejsze doświadczenia muzyczne mogą wam być znane tylko z opowieści. Ale chciałbym zapytać o te, które pamiętacie i które są dla was ważne, które stanowią swego rodzaju prywatną mitologię.

Jakub Jakowicz: Ja myślałem, że The Final Countdown zespołu Europe to najpiękniejszy utwór świata. Miałem wtedy kilka lat i nie znałem jeszcze ani Debussy’ego, ani Mozarta. To śmieszne, bo ja chowałem się w domu muzyków totalnie klasycznych, wręcz…

Paweł Wakarecy: …ortodoksów.

JJ: Tak. Ortodoksów wręcz. A tu telewizja połowy lat 80. To było tuż przed tym, jak zacząłem grać na skrzypcach.

PW: Ja nie mam takich mocniejszych wspomnień, jeśli chodzi o muzykę rozrywkową, aczkolwiek chłonąłem na pewno popkulturę wczesnych lat 90. – reklamy, programy dla dzieci… Mimo wszystko prosiłem zawsze mojego tatę, żeby puszczał mi na gramofonie preludia Rachmaninowa. Rodzice starali się też zabierać mnie na koncerty muzyki klasycznej. Zresztą mój stryj był wieloletnim dyrektorem Toruńskiej Orkiestry Kameralnej, później Symfonicznej – stąd miałem wejście na balkon vipowski i naprawdę wiele jako 6-10-letni chłopak mogłem chłonąć, co współgrało z moją fascynacją fortepianem.

TK: Zawsze był to właśnie fortepian? Nie było innych fascynacji?    

PW: Nie. U nas w domu stało pianino, więc siłą rzeczy wraz z umiejętnością chodzenia, mówienia i czytania pojawiła się umiejętność gry na instrumencie.

TK: Ze skrzypcami było podobnie?

JJ: Tak. Pochodzę z rodziny skrzypków – ojciec, mama, siostra…

TK: I nie pojawił się bunt? Skoro wszyscy skrzypce, to ja… będę grał na perkusji!

JJ: W zasadzie nie. Trąbkę bardzo lubiłem… ale szybko się okazało, że dobrze gram na skrzypcach. Czasami, żeby zachęcić dziecko do ćwiczenia, przekonuje się je, że jest w tym coś niezwykłego. A ja byłem takim właśnie dzieckiem – uważałem, że to jest wyjątkowe, inne od innych, super. W ogóle w moim domu skrzypce były takim fetyszem…

TK: Aż czterech skrzypków. A jak u pana wyglądała… sytuacja rodzinna?

PW: Bardzo intrygująca. Mój ojciec zawsze był muzykalny i grał na wielu instrumentach, ale jako samouk. Nie miał za sobą profesjonalnej edukacji muzycznej. Z kolei mama – przeciwnie. Nigdy nie miała ucha muzycznego, ale, paradoksalnie, była długoletnią dyrektorką Szkoły Muzycznej, a z wykształcenia – chemikiem. Tak się złożyło, że również mój brat obok ścisłego umysłu ma wszelkie symptomy amuzji, braku ucha muzycznego, swoją drogą to fascynujące właśnie z genetycznego punktu widzenia…

TK: Rodzice ukierunkowywali, „popychali” pana do grania, czy pasja przyszła niezależnie od zainteresowań ojca?

PW: Nigdy, na żadnym etapie rozwoju muzyczno-pianistycznego, nie czułem się do czegokolwiek popychany. Zachęcany – na pewno. Ale nigdy nie było to częścią metody wychowawczej, wiążącej się z czymś niekomfortowym. Oczywiście nie zawsze rwałem się do grania, do ćwiczenia. Wręcz przeciwnie – unikałem tego i kiedy tylko można było, wybiegałem na boisko czy robiłem wszystko inne, byle tylko nie ćwiczyć. Zamiłowanie do muzyki okazało się jednak na tyle silne, że to minimum ćwiczeń niezbędnych do osiągnięcia pewnego poziomu musiałem przejść.

TK: Zaczęliśmy od muzyki popowej i chciałbym do niej na chwilę jeszcze wrócić. Jaki mają panowie do niej stosunek? Czy może w jakiś sposób inspirować? Czy w ogóle słuchacie takiej muzyki dzisiaj?

PW: Na pewno ją słyszymy i nie wiemy, jaki ma wpływ na podświadomość, na naszą wrażliwość. Natomiast, jeśli mówimy o tej muzyce bardzo strawnej, łatwo ją wyprzeć. Jeśli ma się odrobinę woli i włoży się w to trochę wysiłku – można przestać ją słyszeć. Ja przynajmniej staram się nie zwracać uwagi; nie analizuję muzyki, która zewsząd mnie atakuje.

 TK: Jeśli można jej nie słyszeć, to przynajmniej nie drażni.

PW: Mnie czasami drażni z różnych powodów, jak w PKS-ie puszczają radio – reklamy i jakieś obrzydliwe rzeczy, i muzykę, której nie zamawiałem.

JJ: Mnie drażni to, że cały czas leci to samo. Jest masa niesamowitej muzyki, którą można by puszczać, a ludzie nie mają pojęcia o jej istnieniu.

TK: Mam wrażenie, że mimo że rozmaite treści (nie tylko muzyka) są dostępne, a my coraz sprawniej obsługujemy urządzenia i aplikacje, to wciąż mamy problem z wyszukiwaniem i selekcją.

JJ: To jest problem dzisiejszych czasów – nadmiar. Dlatego dobrze byłoby uczyć, np. w szkole, racjonalnej obsługi i podążania innymi ścieżkami niż prowadzą nas algorytmy, bo wydaje się nam, że w Internecie panuje wolność, a tak naprawdę jesteśmy prowadzeni za rękę. Jest tyle wspaniałej muzyki, nawet popu, choćby mainstreamowego, którego za bardzo nie słucham – ale to jest dużo wartościowsze od tych odgrzewanych kawałków, bazujących na powiedzeniu, że lubię muzykę, którą znam. I to jest przekleństwo, bo ludzie nie mają okazji rozwijać kanału audio. W kółko puszcza się to samo, niektóre utwory nawet lubię, ale nie chcę już ich słyszeć. Czuję, że po prostu szkoda mi czasu. Chciałbym poznać coś nowego. Wciąż odkrywam jakieś rockowe kapele, które podrzucają mi moi przyjaciele interesujący się rockiem. Oczywiście całej masy ciekawych rzeczy nigdy nie poznam, bo chcę i muszę poświęcać czas na klasykę, a bywa, że ma się już dość… lepiej wyjść do lasu i pospacerować w ciszy czy poczytać…

TK: W wywiadach obaj panowie wspominali o poczuciu dyskomfortu, gdy muszą polegać tylko na słowach. (Do Pawła Wakarecego) Przypominam sobie pański radiowy wywiad, podczas którego ktoś z widowni pochwalił pana elokwencję i zasugerował, że mógłby pan prowadzić własną audycję, na co pan odpowiedział, że to tylko tak wygląda, że czuje się pan doskonale, tymczasem koszt emocjonalny jest niezwykle duży.

PW: Tak. Mam świadomość bycia nie do końca kompetentnym w obsłudze języka mówionego. W porównaniu z językiem muzyki język semantyczny jest niesłychanie ograniczony, jeśli chodzi o sposób opisywania bardzo skomplikowanych i poniekąd pierwotnych stanów wyobraźni i stanów emocjonalnych. Oczywiście są to dwie różne materie. Język muzyki nie jest zrozumiały dla każdego w ten sam sposób i w zależności od odbiorcy może poruszać inne struny, nie przekazuje precyzyjnych informacji. I kiedy poświęcamy mu całe życie, ucząc się wynajdywać te emocjonalno-wyobrażeniowe przekaźniki – gdy przyjdzie wypełnić podobne zadanie przy użyciu słów, to człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo jest niedoskonały. Aczkolwiek przy pracy nad wysławianiem się i ogarnianiem swoich myśli dużo daje pedagogika.

TK: (Do Jakuba Jakowicza) Podpisuje się pan?…

JJ: O, tak. Paweł wyczerpał temat. Mówi, że nie umie mówić, a powiedział to naprawdę bardzo pięknie.

PW: Oczywiście jest wielu muzyków, którzy wspaniale prowadzą audycje radiowe i świetnie realizują się w szermierce słownej. To nie jest reguła, że jak się poświęca życie muzyce, to nie umie się mówić. Każdy jest inny.

TK: Ale chyba dosyć często muzycy zostają pedagogami.

PW: Tak, ale to już studentów należałoby zapytać, jak jest z komunikacją.

JJ: Ja w tym kontekście myślę o dyrygentach. Można to zaobserwować, kiedy tą samą orkiestrą dyryguje student, a po nim wchodzi jakiś stary wyga. I nic nie mówi. Tylko pokazuje. A jaka jest różnica – muzyka płynie. To są właśnie rzeczy, których nie da się wysłowić…

PW: gdyby przyszło do analizy, dlaczego tak się dzieje, to znaleźlibyśmy jakieś racjonalne wyjaśnienie. Wszystko jest wytłumaczalne, tylko czasem po co tłumaczyć, można zachować tę szczyptę magii.

JJ: Zwłaszcza, że ten jeden gest albo jeden dźwięk, który gramy – jest kwestią 30-letniego treningu. Wydaje się, że to niesłychanie proste, banalne, ale składa się na to wiele czynników. To jest magia.

PW: Teoretycznie jest nieskończona ilość możliwości, by wykonać jeden dźwięk. Już to podpowiada, jak trudna jest sztuka interpretacji – jak to zrobić świadomie, by nie było w tym losowości? Czy w ogóle można to wszystko wymierzyć? No, właśnie – nie. Ale jesteśmy w stanie nad tą nieskończonością zapanować za pośrednictwem sterowania wyobraźnią i emocjami, które w nasze jestestwo są wdrukowane dużo głębiej niż racjonalizm i analityczne podejście.

TK: Zastanowiła mnie podczas dzisiejszego koncertu pauza (pojawiła się kilkukrotnie i była zauważalnie długa). Czy powinna ona być zawsze taka sama, czy przeciwnie, jest za każdym razem inna, a jeśli tak, to od czego to zależy?

PW: Nigdy nie jest taka sama. Jest wiele rzeczy, które robimy na estradzie pod wpływem chwili, wiele decyzji podejmujemy w ułamku sekundy, czasem jest to jakieś ryzyko. Tak jak aktor, który coś deklamuje – ma do dyspozycji pauzę. I kiedy czuje, co wynika z obserwacji lub docierających do niego bodźców, że publiczność jest niezwykle podatna na pewne efekty, wtedy je wykorzystuje. Jest to trik wykonawczy, który może podnieść emocje na wyższy poziom. I chyba nam też zdarza się tak robić. To są rzeczy, których nie ćwiczymy na próbach, nie omawiamy – rozumiemy to bez słów.

JJ: Poza tym jest różnica, gdzie się gra. Np. dzisiaj, gdybym nie był doświadczony, pomyślałbym, że nie umiem grać. To, co ćwiczyliśmy wcześniej, bo mieliśmy próby w tym tygodniu – to nagle przestało działać, bo zupełnie inaczej słyszę, dźwięk jest dłuższy. Ten element może zaskoczyć i onieśmielić, bo tu akustyka jest taka jak w kościele. Z czasem jednak człowiek się uczy podejmować z zastaną rzeczywistością jakąś grę. To, co przygotowaliśmy, dopiero tutaj nabiera realnego kształtu. Jak drużyna piłkarska – ćwiczy, trenuje, ale dopiero na meczu się okazuje, co piłkarze są w stanie zrobić. To jest właśnie fascynujące. Te utwory grano już tysiące razy, ale zawsze jakby od nowa.

TK: Schodząc już ze szczytów na ziemię, zapytam o świat pozamuzyczny, bo zapewne nie tylko muzyka wypełnia wam życie: jakie mają panowie inne pasje – sport, zbieranie znaczków?

JJ: Dobrze pan trafił, bo jesteśmy muzykami, którzy mają sporo zainteresowań pozamuzycznych. Co prawda nie biegam, ale dużo było biegania w moim życiu; książki… w góry lubię jeździć (nawet w Himalajach byłem), a przedwczoraj graliśmy sobie w piłkę. Trudny mecz. Paweł gra często, ja trochę rzadziej, więc było to spore wyzwanie. Poza tym jestem mężem… co prawda Paweł też jest mężem, ale ja mam dwójkę dzieci i głównie właśnie dziećmi teraz się zajmuję.

PW: Ja różnymi rzeczami się parałem w życiu. Innymi niż mainstream muzyczno-zawodowy. Od dziecka – piłka, teraz też – dwa razy w tygodniu staram się grać. Od jakiegoś czasu mocno wniknąłem w temat kawy. Do tego stopnia, że w piwnicy zrobiłem palarnię.

JJ: Paweł jest znany z tego w kręgach muzycznych.

PW: Tak. Z tego, że prowadzę podziemną dystrybucję ziaren… z różnych stron świata.

TK: Kupuje pan niepaloną?…

PW: Tak, kupuję niepaloną kawę z różnych miejsc, klasy Specialty, która uwypukla szczególne właściwości kaw z określonych krajów. To fascynujący świat, bardzo urozmaicony pod względem doznań, doświadczeń, metod spożycia, parzenia…

TK: A jaki jest pana ulubiony sposób parzenia? 

PW: Metody przelewowe albo zalanie grubo zmielonej kawy. To mówi prawdę o ziarnie, bo jak mamy ekspres, dochodzi ciśnienie i kilka innych zmiennych, wtedy różne składowe aromatów są sztucznie podbijane lub ukrywane.

TK: Obiecałem, że nie zajmę panom dużo czasu, spytam więc jeszcze tylko o plany na najbliższą przyszłość?

JJ: Styczeń będzie trochę luźniejszy. W marcu gram koncert Beethovena – świętujemy urodziny kompozytora. Zapraszam, bo to ważny punkt programu muzycznego. Z Pawłem coś mało gramy, musimy nad tym popracować…

PW: …Właśnie… Na razie przyszłoroczny kalendarz zapełnia mi się powoli (wywiad przeprowadzony w grudniu – przyp. aut.), zwykle w ostatniej chwili odbieram telefony. Ale czeka nas kilka ciekawych projektów. Niedawno wraz z szóstką młodych pianistów uruchomiliśmy w Bydgoszczy Katedrę Fortepianu – Six Pianos. Planujemy kilka koncertów. Poza tym 2020 to Rok Beethovenowski, więc i u mnie zapowiada się parę wydarzeń z tym związanych.

Z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

Fot.: Pawła Wakarecego – źródło – Profil FB artysty; Jakuba Jakowicza – źródło: Tetrt Wielki, aut. M. Mulawa.

Mozaika – dzieciom. Koncerty

Muzyczno-edukacyjne spotkania dla dzieci cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem, byśmy mieli tak szybko się z nimi pożegnać. Przed nami kolejne koncerty zespołu Mozaika – zaczynamy 22 lutego i widzimy się w każdym miesiącu aż do czerwca. Wstęp wolny.

 

22 lutego, wyjątkowo – sobota, godz. 11.00

Galicja – opowieści z gór, jarmarku i chmur

Spektakl narracyjny oparty na sztuce opowiadania – obrazach tworzonych słowem i muzyce dawnej Galicji, południowo-wschodniej Polski.

Udamy się tam, gdzie chmury osiadły na górskich garbach, a istoty podniebne i ludzie żyli obok siebie. Z pewnym Płanetnikiem powędrujemy przez góry, wsie, karczmy i miasteczka. Ucałujemy chmury i zawitamy na jarmark, na którym jest… Wszystko. Zaśpiewamy, zagramy, zawołamy…

Katarzyna Jackowska-Enemuo – opowieść, akordeon, śpiew

Aleksandra Rózga – baraban, perkusjonalia

Iwona Sojka – skrzypce, oktawki

Sebastian Pikula – skrzypce, banjolele

 

15 marca, niedziela, godz.11.00

Opowieści Wielkiej Drogi – spotkanie z kulturą Romów

Skąd jesteś? Zewsząd. Dokąd idziesz? Wszędzie. Po co? Żeby zaprzyjaźnić się ze światem.

Byli wędrowcami od zawsze, w podróżach zbierali obrazy, pieśni i opowieści. Zawędrowali też do Polski i mieszkają tutaj już od 600 lat – Romowie.

Poznamy obyczaje tego wędrującego narodu, nauczymy się ważnych słów w języku romskim, zatańczymy do żywej muzyki, a przede wszystkim poznamy urzekające romskie opowieści. To wszystko za sprawą wyjątkowego gościa – Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To dla nas zaszczyt, że będziemy gościć w Świecie Sztuki tak znamienitą opowiadaczkę i muzykantkę, która, wędrując po festiwalach, warsztatach i koncertach, podzieli się z Wami sztuką opowiadania oraz pięknem kultury romskiej.

 

5 kwietnia, niedziela, godz. 11.00

Rozśpiewana wiosna – tradycyjne pieśni i zwyczaje wiosenne

Wspólnie przemierzymy czas obrzędowości wiosennej i wielkanocnej. Doświadczymy siły naturalnego śpiewu. Wiosnę przywitamy śpiewająco!

Wraz z artystami, zajmującymi się na co dzień śpiewem naturalnym i muzyką tradycyjną, będziemy odkrywać wiosnę w muzyce. Pójdziemy śladem tradycyjnych pieśni, które często opowiadały o przyrodzie. Przypomnimy też zwyczaj wiosennego kolędowania. Zaprosimy również dzieci do wspólnej zabawy głosem i nawoływania wiosny!

 

10 maja, niedziela, godz. 11.00

Gramy w drejdla, gramy w klasy, gramy! Spotkanie z muzyką żydowską

Pokażemy dzieciom piękno, żywioł i wyjątkowe brzmienie tej tradycji muzycznej – do tańca i nie tylko zagramy na dwie pary skrzypiec, cymbały, klarnet i baraban.

Spotkania w Świecie Sztuki to również podróże – czasami dalekie, a czasami bliskie. Tym razem chcemy wybrać się z Wami w świat muzyki żydowskiej, która – choć sięgająca korzeniami dalekich stron – wpisała się na trwałe także w polską kulturę. W trakcie spotkania poznamy wybrane zwyczaje i tańce, jak również gry i zabawy dzieci żydowskich oraz nawiążemy do poznańskich śladów tej muzyki.

 

W czerwcu odbędzie się etnofestyn (festyn o tematyce tradycyjnej). Data wydarzenia jest jeszcze nieustalona.

Na wszystkie spotkania – wstęp wolny. Zapraszamy!

Fot. wyróżniająca: Mozaika

22 lutego. Koncert Katarzyny Dudy

Podczas kolejnego spotkania w ramach Sezonu Koncertowego 2019-2020 usłyszymy jedną z najwybitniejszych osobowości artystycznych w Polsce – skrzypaczkę Katarzynę Dudę, której towarzyszyć będzie Kameralna N-Harmonia.

Artystka wystąpiła z recitalami i koncertami w tak prestiżowych salach, jak: Lincoln Center i Carnegie Hall w Nowym Jorku, Concertgebouw w Amsterdamie, Filharmonia Narodowa w Warszawie, Kawai Omotesandō Hall w Tokio czy Sala Rossiniego w Padwie. Studiowała w mistrzowskiej klasie skrzypcowej Maestro Tibora Vargi w Ecole Superieure de Musique w Sion w Szwajcarii oraz pod opieką artystyczną Jana Staniendy w Akademii Muzycznej w Warszawie. Artystka jest laureatką Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego Tibora Vargi w Sion w Szwajcarii, a także laureatką Międzynarodowego Konkursu na Skrzypce Solo Tadeusza Wrońskiego w Warszawie. Była nominowana do nagród Paszport Polityki oraz Fryderyk. Nagrała pięć płyt z repertuarem solowym i kameralnym. Gra na włoskim instrumencie z początku XIX w.

Kameralna N-Harmonia – zespół powstał z inicjatywy młodych muzyków, których aspiracją jest dołączenie do grona uznanych zespołów prezentujących muzykę na wysokim poziomie wykonawczym. Elementem spajającym grupę jest chęć dzielenia się radością, jaką przynosi wspólne tworzenie. Artyści swoimi działaniami udowadniają, że muzyka klasyczna czy tzw. kultura wysoka nie są zarezerwowane wyłącznie dla koneserów. Z koncertami docierają do wszystkich grup słuchaczy, stale poszerzając grono swoich sympatyków. W założeniach zespół pragnie brać czynny udział w edukacji kulturalnej, co jest szczególnie widoczne w działalności koncertowej, której adresatem jest niezwykle wymagająca – najmłodsza publiczność. Od dwóch lat Kameralna N-Harmonia występuje regularnie w rożnych miastach Polski. W swoim dorobku ma m.in. wykonanie Stabat Mater Pergolesiego z Warszawskim Chorem Międzyuczelnianym i solistami Filharmonii Narodowej. Orkiestra występuje także na festiwalach, np. Muzyka Nowa i Architektura w Toruniu czy też Strefa Ciszy w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Koncert – 22 lutego, godz. 19.00. Bilety w cenie 30 zł – do nabycia w Muzeum.

Zapraszamy!

Informacje o całym Sezonie Koncertowym znajdziesz TUTAJ.

A3_Katarzyna Duda_POPRAWKA

Wolę być sidemenem. Rozmowa z Dominikiem Wanią

Tomasz Kuźmicz, MSHM: Ma Pan wykształcenie klasyczne. Jaki ma to wpływ na podejście do muzyki i na samą grę?

Dominik Wania: Kolosalny. Bez tego nie wyobrażam sobie funkcjonowania jako pianista, nie klasyczny czy Jazzowy, ale jako muzyk w ogóle. Warsztat i literatura – to wszystko zostaje w głowie i w palcach, uwrażliwia na dbałość o szczegóły. Granie tylko muzyki jazzowej na pewno by mi tego nie dało. I ten aspekt niestety się pomija. Niewielu jest pianistów totalnych, takich jak np. Brad Mehldau, który gra też klasykę, choć nie pamiętam, czy on akurat ją studiował, choć pewnie tak, bo słychać czy ktoś ten dźwięk ma, czy nie; czy gra tylko na pół gwizdka, czy jest to rasowy „pianizm”, i to niezależnie od tego, jaką się wykonuje muzykę – improwizowaną czy klasyczną. Jak w przypadku instrumentu dętego musi być zadęcie, odpowiedni słup powietrza, tak i tutaj – musi być odpowiedni atak na klawiaturę. Tego nie da się zdobyć bez przerobienia warsztatu klasycznego, nie będzie się grało szerszą fakturą. Dla mnie klasyka jest rzeczą niezwykle istotną, na co zwracam uwagę swoim studentom – by byli pianistami, a nie tylko pianistami jazzowymi.

Klasyka jest więc dla Pana niezwykle istotna, ale realizuje się Pan w jazzie…

Zależy co mamy na myśli, mówiąc jazz. Raczej nazwałbym to muzyką improwizowaną. Szczególnie odkąd zacząłem grać z Maciejem Obarą, mocno otworzyłem się na granie bardziej free… nie mówię, że w pełni – bo mamy tu ustalone struktury, ale podejście do nich jest otwarte. Każdy utwór interpretujemy na tyle sposobów, na ile się da – za każdym razem inaczej. I w tym tkwi wolność, w tym sensie jest to free. Nie ma tu rzeczy atonalnych, bez formy, ale im mniej mi się narzuca, tym czuję się wygodniej.

Program Ravelowski (grany podczas koncertu w naszym Muzeum, przyp. aut.) napisany był dawno temu (kiedy pewne rzeczy postrzegałem inaczej) i pod wpływem grania zaaranżowanego, ułożonego. Formy są tutaj dosyć ściśle określone, mimo to staramy się wplatać jakieś elementy otwartych fragmentów, przy których możemy sobie pograć bardziej swobodnie.

Od wydania albumu Ravel minęło już trochę czasu. Później wspominał Pan, że woli być elementem zespołu, niż liderem. Czy coś się pod tym względem zmieniło? Nie tęskni Pan za w pełni autorskim projektem?

Projekt autorski będzie. Jestem świeżo po nagraniu płyty solowej, o której nie chcę jeszcze za wiele mówić. Została zarejestrowana dosłownie dwa tygodnie temu i wyjdzie zapewne na wiosnę, ale dopóki nie znam daty wydania, trochę się z tym ukrywam. Nie chcę tego rozdmuchiwać, żeby nie spalić czegoś, co jest dla mnie bardzo ważne, najważniejsze nawet – jeśli chodzi o moją zawodową działalność.

A czy nie tęsknię za byciem liderem? Nie wiem. Jak się gra solo, jest się odpowiedzialnym tylko za siebie, a lider składu, choćby takiego jak Trio, jest już odpowiedzialny także za kolegów. Zresztą najmniej stresująca jest tutaj warstwa muzyczna. Bardziej daje się we znaki logistyka – jak to wszystko ogarnąć, zgrać terminy. Jest to szczególnie męczące, jeśli nie ma się menadżera, osoby, która zajmie się sprawami przyziemnymi. W tym sensie wygodniej nie być liderem. Choć to nie znaczy wcale, że nie chcę projektu, z którym mógłbym jeździć, jak choćby z Trio. Ale ponieważ w planach jest płyta solowa, pewnie większość czasu będę poświęcał właśnie temu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie chcę być wyłącznie liderem własnego projektu – po prostu lubię grać z ludźmi, z różnymi artystami, różną muzykę. To właśnie mnie inspiruje i napędza – że nie skupiam się tylko na swoim projekcie. To jest chyba najważniejsze. Wolę, a bycie pianistą daje taką możliwość, być sidemenem. Gorzej mają muzycy, którzy są instrumentalistami dętymi – albo są liderami własnego projektu, albo… no właśnie, z gościnnością bywa różnie, czuję się więc uprzywilejowany.

Lubi Pan grać z różnymi muzykami. Są wśród nich tacy… może chociaż jeden, który miał na Pana szczególny wpływ?

Na pewno każdy, z kim do tej pory pracowałem, wpływał na to, jak gram.  Taką postacią był np. Tomasz Stańko, z którym miałem przyjemność grać przez cztery lata. Obcowanie z tą muzyką, coś więcej niż tylko jej słuchanie, było dla mnie szkołą. A jej konsekwencją – moja współpraca z Maciejem Obarą, bo poznaliśmy się w zespole Tomasza Stańki. Tam przecięły się nasze szlaki. Teraz, siedem lat wspólnego grania z Maćkiem też rzutuje na to, jak postrzegam pewne rzeczy i co najbardziej odpowiada mi w graniu. A nie zawsze i nie ze wszystkimi da się to realizować, bo każdy ma inne zapatrywania, inne priorytety. Po drodze było oczywiście wielu wspaniałych muzyków i każdy swoją cząstkę gdzieś zaszczepił. Choćby Jacek Kochan, jako jeden z pierwszych – świetny perkusista, niedoceniany w Polsce, nad czym ubolewam, bo jego płyty są znakomite, z niezwykle świeżą, choć niełatwą w odbiorze, muzyką. Zbigniew Wegehaupt – specyfika jego muzyki, to, jak ją pisał – na pewno ma wpływ na rozwój języka harmonicznego, w którym się obecnie poruszam. Ziarnko do ziarnka. Każdy coś dorzuca, więc mógłbym długo wymieniać.

A zdarza się Panu szukać, albo nawet nie szukać, ale przypadkowo znajdować inspiracje w muzyce popularnej?

Szczerze mówiąc bardzo rzadko. Nie siedzę w muzyce popularnej, zwłaszcza tej, która jest obecnie lansowana i którą można usłyszeć wszędzie.  Jeśli w ogóle sięgam, to raczej po rzeczy starsze – lata 70., 80., może jeszcze trochę 90. Nie jest to jednak coś, w co się zagłębiam. Jest to raczej inspiracja brzmieniem, często specyficznym, rozpoznawalnym. Niektórzy mówią, że wtedy, gdy pojawiły się syntezatory, muzyka zaczęła się psuć, wszystko stało się mniej żywe. Ja natomiast dostrzegam tam pewne inspiracje. Jest to też trochę sprawa sentymentu. Lata 80. to czas mojego dzieciństwa. Coś zostaje w głowie, przyjemnie się kojarzy.

Za to muzyka klasyczna wciąż jest dla mnie inspiracją, i to nie dlatego, że analitycznie do tego podchodzę, słyszę coś i od razu próbuję to aplikować w graniu. Niekoniecznie. Bardziej na zasadzie wrażeniowej – przechodzi przeze mnie i gdzieś zostaje – jakiś rodzaj specyficznych współbrzmień.

Ma Pan też na swoim koncie elektroniczny epizod.

Miałem okres mocnego zainteresowania starymi syntezatorami. Nawet kilka kupiłem i mam je do dzisiaj. Ale nie przetrwało to próby czasu, w tym sensie, że dziś już w nich nie grzebię, mówiąc kolokwialnie. Dla mnie inspiracją jest fortepian. Jeśli mam dobry instrument, który swoją barwą, tembrem, tym jak potrafią brzmieć różne rejestry – jest interesujący  – to jest największa inspiracja. Fortepian akustyczny, którego nie eksploruję w kierunku preparacji – chcę uzyskać jak najpiękniejsze brzmienie, naciskając klawisze, bez grzebania w środku. Wszystko inne to tylko jakaś ciekawostka.

Plany na najbliższą przyszłość, poza albumem solowym, o którym już wspominaliśmy.

Jest wiele planów, bo z różnymi artystami nagrałem sześć płyt, które nie zdążyły jeszcze wyjść. Mam więc nadzieję, że stanie się to w przyszłym roku. Najważniejsze to kwartet Maćka Obary i promocja najnowszej płyty, która ukazała się miesiąc temu. Czekam też na sygnał z wytwórni, kiedy ukaże się solowa płyta. W tym wszystkim trzeba też znaleźć czas na rodzinę i działalność na uczelni. Na razie udaje się to wszystko pogodzić i oby tak było nadal.

To plany. A marzenia?

Dwa już się spełniły. Jestem członkiem kwartetu Maćka Obary, z którym wydaliśmy już drugą płytę. To było wspólne spełnienie marzeń całego zespołu, żeby zaistnieć w tej wytwórni (ECM – prestiżowa wytwórnia fonograficzna – przyp. aut.) i to udało się zrealizować po wielu latach ciężkiej batalii. A konsekwencją tego była możliwość nagrania także solowej płyty, co również było moim marzeniem. I to chciałbym utrzymać – być na tyle kreatywnym… nie żeby proponować wciąż coś nowego i wyjątkowo świeżego, bo to jest bardzo trudne – ale by być kreatywnym muzykiem, by różne inspiracje wciąż mnie napędzały do grania, do szukania nowych dźwięków. I to chyba tyle. Chciałbym, żeby kwartet Maćka przetrwał, bo jest to zespół, który daje mi najwięcej satysfakcji w tej chwili. I muzycznie, i personalnie, więc życzyłbym sobie, by ta współpraca trwała.

Powodzenia w takim razie. I spełnienia wszystkich marzeń.

Dzięki serdeczne.

Dziękuję.

Z pianistą Dominikiem Wanią rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

18 stycznia. Kaprysy Zaspokojone

Monodram Muzyczny Magdaleny Warzechy, niezwykle utalentowanej i cenionej aktorki Teatru Narodowego.

Forma dzieła nawiązuje do najszlachetniejszych wzorów spektakli literacko-kabaretowych. Kaprysy ujmują lekkością, wdziękiem, poczuciem humoru i brawurą. Zbudowane są na kontraście, zaskoczeniu oraz różnorodności stylistycznej i interpretacyjnej. Zachwycają także brzmieniem muzyki. Bohaterką spektaklu jest kobieta, a może nawet są to wszystkie kobiety świata ze wszystkimi ich kaprysami.

Artystce towarzyszyć będą wspaniali muzycy:

Konrad Wantrych – fortepian

Sergij Ohrimchuk – skrzypce

Michał Jaros – kontrabas

Robert Murakowski – trąbka

Zapraszamy 18 stycznia o godz. 19.00.

Bilety do nabycia w Muzeum – 30 zł.

Magdalena Warzecha – od ponad 20 lat jest aktorką Teatru Narodowego w Warszawie. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt ról zagranych w tym i innych teatrach. Współpracowała z czołowymi reżyserami filmowymi i teatralnymi, m.in. z: Janem Englertem, Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Zanussim, Kazimierzem Kutzem, Izabellą Cywińską, Januszem Morgensternem, Jerzym Grzegorzewskim, Januszem Opryńskim czy Agnieszką Glińską. Zagrała w produkcjach filmowych: Wielki Tydzień, Boża podszewka, Ogniem i mieczem, Zawrócony, Spona, teatrach telewizji oraz znanych i lubianych serialach: Na dobre i na złe, Siostry, Ojciec Mateusz, Złotopolscy. Jest prezesem Stowarzyszenia Słowodaje Teatr, pedagogiem, scenarzystą oraz reżyserem indywidualnych projektów teatralnych i muzycznych: Zielone wianki, Ukrainność, Halo, kabaret i niezliczonej liczby wieczorów poetyckich. W 2015 r. została odznaczona orderem Zasłużony dla Kultury Polskiej.

18.01.2020